Zamach Armii Krajowej na Franza Kutscherę. Tak zginął „kat Warszawy”

Strona główna » II wojna światowa » Zamach Armii Krajowej na Franza Kutscherę. Tak zginął „kat Warszawy”

Dowódca SS i policji na dystrykt warszawski SS-Brigadeführer Franz Kutschera odpowiadał za śmierć tysięcy Polaków. Zbrodnie przyniosły mu miano „kata Warszawy”. Nic dziwnego, że polskie podziemie postawiło sobie za punkt honoru wysłanie go na tamten świat. Żołnierze Armii Krajowej zlikwidowali nazistowskiego dygnitarza 1 lutego 1944 roku. Brawurowa akcja pociągnęła jednak za sobą okrutną zemstę Niemców.

Zadania realizowane przez oddział Kedywu „Pegaz”, zorganizowany przez cichociemnego, kapitana Adama Borysa pseudonim „Pług”, wchodziły w skład szeroko zakrojonej akcji o kryptonimie „Główki”. Jej nazwa nawiązywała do nazistowskiego symbolu Totenkopf, czaszek znajdujących się na mundurach esesmanów.


Reklama


Dowódca SS i policji na celowniku

Powstała lista tych skazanych przez sądy podziemne, którzy szczególnie gorliwie, wręcz fanatycznie, wykonywali swe obowiązki, najbardziej okrutnych i szkodliwych dla polskiego społeczeństwa. Wśród nich znajdowali się wysocy funkcjonariusze gestapo, policji, żandarmerii, niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, ab nawet przemysłu, administracji i propagandy.

Zadanie ich likwidowania otrzymały różne oddziały Kedywu, ale prym wśród nich wiódł „Pegaz”. Do wybuchu powstania przeprowadził on trzynaście takich egzekucji, [Elżbieta Dziębowska] „Dewajtis” uczestniczyła w siedmiu z nich.

Organizator "Pegaza" Adam Borys "Pług" (domena publiczna).
Organizator „Pegaza” Adam Borys „Pług” (domena publiczna).

Wreszcie przyszła pora na wykonanie wyroku na dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski, którego działalność sprowokowała kierownictwo AK do zainicjowania całej akcji. Od chwili objęcia przez niego stanowiska represje wobec warszawiaków zdecydowanie przybrały na sile, stawały się coraz bardziej bezwzględne i brutalne.

Nie było właściwie dnia bez publicznych egzekucji, które pochłaniały tysiące polskich istnień. Każde wyjście z domu stawało się heroiczną wyprawą w nieznane, bez gwarancji powrotu. Pod obwieszczeniami rozlepianymi na ulicach Warszawy z nazwiskami kolejnych rozstrzelanych podpisany był zawsze dowódca SS i policji na dystrykt warszawski, ale bez nazwiska.

Tak też, anonimowo, został on wpisany na listę akcji „Główki”. Musiał doskonale orientować się w metodach działania polskiej konspiracji, skoro tak pieczołowicie ukrywał swą tożsamość.

Kutschera namierzony

Udawało się to, ale do czasu. Na jego trop wpadł przypadkiem wywiadowca „Pegaza” Aleksander Kunicki „Rayski”, który rozpracowywał, ab więc zbierał wszelkie dane, innego gestapowskiego oficera zakwalifikowanego do likwidacji.


Reklama


W tym celu musiał często bywać w centrum miasta, gdzie znajdowało się najwięcej niemieckich urzędów i reprezentacyjnych kamienic, w których mieszkali okupanci. Pewnego dnia był świadkiem, jak opel admiral, elegancka stalowoszara limuzyna, zajechał pod pałacyk przy Alejach Ujazdowskich 23, w którym znajdowała się siedziba dowódcy SS i policji.

Z auta wysiadł oficer w czarnym płaszczu, spod którego widoczne były naszywki generalskie. Od tej chwili „Rayskiemu” przybył kolejny osobnik do obserwacji. Pilnie śledził przyjazdy generała do pracy, a po jakimś czasie ustalił również jego adres zamieszkania: aleja Róż 2, co doprowadziło do poznania jego tożsamości.

Artykuł stanowi fragment książki Agnieszki Lewandowskiej-Kąko pt. Gdzie diabeł nie mógł... Kedywianki w akcji (Bellona 2021).
Artykuł stanowi fragment książki Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol pt. Gdzie diabeł nie mógł… Kedywianki w akcji (Bellona 2021).

Był to Austriak, Franz Kutschera, z zawodu ogrodnik, wielce zasłużony członek NSDAP oraz równie ceniony i odznaczany działacz SS. Widać bliski kontakt z roślinami niezbyt pozytywnie odbił się na jego psychice, skoro zasłużył na miano „kata Warszawy”.

Wiadomość o odkryciu „Rayskiego” błyskawicznie dotarła do szefostwa Kedywu i równie szybko zareagował na nią pułkownik „Nil” (Emil Fieldorf), wydając rozkaz wykonania na Kutscherze wyroku. Rozpracowanie esesmana powierzono [Annie Szarzyńskiej] „Hance”, [Marii Stypułkowskiej] „Kamie” i „Dewajtis”; trzem, aby nie narażać żadnej na zbytnie ryzyko. O powodzeniu akcji mógł zadecydować najmniejszy szczegół z codziennego życia Niemca.


Reklama


Pierwsza termin zamachu na Kutscherę

Obserwacja musiała więc być wielogodzinna, niemal stała, a nie można było dopuścić, by któraś z wywiadowczyń przebywała w  jednym miejscu zbyt długo. Wszystko działo się przecież w jaskini lwa, ab akurat ten „lew” musiał być sprytny i ostrożny, skoro tak długo nie dawał się zidentyfikować.

Wyznaczono trzy punkty obserwacyjne, z których widać było wszystko najlepiej, ale każda z dziewczyn dyżurowała tam tylko dwadzieścia minut, po czym wymieniały się w cyklu obrotowym, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Oczywiście nie kontaktowały się ze sobą, ale miały siebie w polu widzenia. Inwigilacja trwała blisko miesiąc. Był mroźny styczeń, a „Dewajtis” nie miała zimowych butów ani wystarczająco ciepłego płaszcza. Często więc wracała do domu przemarznięta.

Franz Kutschera i Adolf Hitler na zdjęci zrobionym w 1941 roku (domena publiczna).
Franz Kutschera i Adolf Hitler na zdjęci zrobionym w 1941 roku (domena publiczna).

I wreszcie zapadła decyzja. To, co już wiadomo, powinno wystarczyć. Termin akcji wyznaczono na dwudziestego dziewiątego stycznia. Jedenaście osób biorących udział w zamachu zajęło wyznaczone miejsca w Alejach Ujazdowskich. Sekundy, minuty, a potem godziny wyczekiwania i nic, Kutschera nie przyjechał. Czyżby nie byli dość precyzyjni albo dali się zauważyć? Uznano chyba, że szkoda czasu na zastanawianie się nad takimi pytaniami, a znacznie później okazało się, że akurat tego dnia Kutschera wyjechał poza Warszawę.

Drugie podejście

Kolejny termin akcji wyznaczono za trzy dni. O ósmej pięćdziesiąt wszyscy jej uczestnicy, zwiększono ich liczbę do dwunastu, byli na wyznaczonych stanowiskach. `Dewajtis” stanęła pod drzewem u zbiegu Alei Ujazdowskich i ulicy Chopina, jak zawsze z za dużą w stosunku do jej postury szkolną teczką. Tym razem była wyjątkowo starannie ubrana.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Kurtka obszyta futerkiem, białe podkolanówki z pomponami, przebój mody wśród niemieckich dziewcząt, a fryzura, koszyczek, czyli warkocze upięte wokół głowy niczym korona, również popularna wśród młodych Niemek.

Musi przecież wyglądać na mieszkankę dzielnicy „tylko dla Niemców”. Tuż przed dziewiątą spokojnym krokiem przeszedł chodnikiem „Pług”, by sprawdzić, czy wszyscy są gotowi do działania. Potem tą samą trasą podążał oddział esesmanów, przejeżdżała ciężarówka z uzbrojonymi gestapowcami, kilku funkcjonariuszy jechało na motocyklach.


Reklama


Na rogu następnej przecznicy, alei Róż, stoi „Kama”. Skupiona „Dewajtis” wpatruje się w nią z przejęciem, śledzi każdy jej ruch. Nagle „Kama” umówionym gestem strzepuje białą pelerynę przeciwdeszczową i przekłada ją na drugą rękę. Zaczęło się. Przed domem nr 2 przy alei Róż zatrzymał się samochód.

Śmierć Kutschery

Teraz „Dewajtis” wyjmuje z teczki dużą papierową torbę. To sygnał dla „Hanki”, stojącej nieopodal na przystanku tramwajowym, i dla dowódcy całej akcji. O dziewiątej osiem „Kama” przechodzi przez ulicę na drugą stronę, co oznacza, że esesman wsiadł do samochodu i auto ruszyło spod kamienicy, po czym skręciło w Aleje Ujazdowskie.

Miejsce dokonania zamachu na zdjęciu z okresu międzywojennego (domena publiczna).
Miejsce dokonania zamachu na zdjęciu z okresu międzywojennego (domena publiczna).

„Dewajtis” przebiega przez ulicę tuż przed nim, potwierdzając, że to ten, o którego chodzi. Po czym staje na rogu ulicy Chopina, jakby nie wiedziała, co dalej robić.

Wygląda na skamieniałą, sparaliżowaną… Nerwami, strachem? Na szczęście zauważyła to „Kama” i wciąga ją siłą do najbliższej bramy. Stamtąd słychać, że walka się rozpoczęła. Tuż przed pałacykiem przy Alejach Ujazdowskich 23 samochód zamachowców zajeżdża drogę niemieckiej limuzynie, a jeden z zamachowców z odległości metra otwiera ogień do Kutschery. Gestapowiec rusza się jeszcze na siedzeniu, po chwili więc dobija go drugi. Niemcy nie są dłużni, ze swej siedziby prowadzą ostrzał, raniąc kilku kedywiaków.


Reklama


W bramie słychać serie z automatów i detonacje filipinek. Po chwili, atak trwał sto sekund, nastaje cisza. „Kama” nie wie, co robić? Czy czekać, czy też jak najszybciej uciekać, bo z pewnością za moment całą dzielnicę obstawią funkcjonariusze w zgniłozielonych mundurach. Jej wewnętrzną walkę przerywa „Dewajtis”.

Strzelą czy nie strzelą?

Bez zastanowienia, odruchowo, ab może jednak po przemyśleniu, wybiega z bramy, natykając się niemal na trzech esesmanów. Na ich twarzach widać złość, wściekłość, w rękach trzymają dopiero co używane peemy. Oprócz nich ulica jest pusta. Po chwili zawahania zrozumiałego w takiej sytuacji „Dewajtis” odzyskuje rezon.

Elżbieta Dziębowska "Dewajtis" na zdjęciu z czasów okupacji (domena publiczna).
Elżbieta Dziębowska „Dewajtis” na zdjęciu z czasów okupacji (domena publiczna).

– Gdzie jesteś, chodź szybko – woła głośno do „Kamy”, i to po niemiecku, choć kiepsko zna ten język. Teraz już razem idą w stronę ulicy Mokotowskiej, udają spokój, choć całą siłą woli powstrzymują się od biegu. Nie oglądają się za siebie, ale wyobraźnia działa. „Dewajtis” czuje, że lufy trzech pistoletów są w nie wycelowane. Maszerują w oczekiwaniu na strzał, który nie nastąpił.

Trudno w to uwierzyć, ale po takich przeżyciach jeszcze tego samego popołudnia poszły do szkoły. Podczas lekcji historii do klasy wszedł jeden z ich dowódców i przepraszając profesora za zamieszanie, wywołał na korytarz najpierw „Kamę”, która następnie poprosiła o wyjście kilku kolegów. Dopiero na drugi dzień „Dewajtis” dowiedziała się, że było to związane z akcją, w której brała udział, z drugim jej etapem, który często był trudniejszy od zasadniczego.

To właśnie podczas odskoku, czyli ewakuacji z miejsca zdarzenia, rozegrała się tragedia, w której wyniku życie straciło czterech uczestników zamachu. Dwóch, po walce z żandarmami na moście Kierbedzia, wskoczyło do Wisły, i tam dosięgły ich niemieckie kule. Dwaj inni, ciężko ranni, zostali przewiezieni do szpitala, ale po operacjach trzeba ich było ewakuować, gdyż Niemcy, powiadomieni przez rezydującego tam granatowego policjanta, pojawili się już podczas zabiegów, by pilnować rannych.

Krwawy odwet

Właśnie do tej akcji wywołano uczniów z lekcji historii. „Dewajtis” była nieco urażona, że nie znalazła się w tej grupie. Rannych, być może również z powodu ich transportu, a byli w ciężkim stanie, nie udało się uratować.

Kondukt pogrzebowy Franza Kutschery (domena publiczna).
Kondukt pogrzebowy Franza Kutschery (domena publiczna).

Akcję uznano za udaną, ponieważ zginął człowiek, który był jej obiektem, a oprócz niego jeszcze ośmiu funkcjonariuszy. Zamachowcy jednak zapłacili za nią życiem czterech ludzi, a jeszcze dwóch było lżej rannych. Największą ofiarę ponieśli jednak zwykli, niebiorący udziału w walce mieszkańcy Warszawy.

Następnego dnia w pobliżu miejsca zamachu rozstrzelano stu mężczyzn przywiezionych z Pawiaka, dwustu innych Polaków zginęło tego samego dnia w ruinach getta. W tym samym miesiącu, w różnych odstępach czasu zamordowano jeszcze ponad pięciuset ludzi, ale były to już ostatnie uliczne egzekucje, których dopuścili się okupanci przed wybuchem powstania warszawskiego. Likwidacja Kutschery sprawiła, że terror niemiecki wyraźnie, odczuwalnie dla warszawiaków, zelżał.

Przeczytaj również o zamachu Armii Krajowej na nazistowskiego króla Polski. Dlaczego Hans Frank przeżył?


Reklama


Źródło

Artykuł stanowi fragment książki Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol pt. Gdzie diabeł nie mógł… Kedywianki w akcji. Ukaże się ona 19 kwietnia 2021 roku, ale już dzisiaj możecie zmówić swój egzemplarz.

Kobiety w akcjach likwidacyjnych polskiego podziemia

Tytuł, lead, tekst w nawiasach kwadratowych i śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia większej liczby akapitów.

Autor
Agnieszka Lewandowska-Kąkol
1 komentarz

 

Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka toŚredniowiecze w liczbach (2024).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.