Ostatni wielki pożar Krakowa. W 1850 roku spłonęła ogromna część miasta, w tym bezcenne zabytki

Panuje przekonanie, że Kraków to wyjątek na mapie Polski. Mówi się, że miasto – w przeciwieństwie do Warszawy, Wrocławia czy Gdańska – zachowało swoją oryginalną, historyczną zabudowę. I że w śródmieściu stoją prawdziwe zabytki. Prawda jest bardziej skomplikowana.

Drugowojenna pożoga oszczędziła stolicę Małopolski. Niemcy, pomimo czynionych przygotowań, nie stawili oporu Sowietom w Festung Krakau. Armia Czerwona też ominęła miasto łukiem. Zniszczenia były ograniczone.


Reklama


Myli się jednak ten, kto sądzi, że Kraków miał podobne szczęście także we wcześniejszych dekadach i że zabudowa śródmieście dawnej stolicy bez uszczerbku przetrwała okres zaborów.

Największa katastrofa spadła na miasto nie w latach 1939-1945, ale niespełna stulecie wcześniej. Niewiele brakowało, a Kraków zamieniłby się w wielką górę wypalonych gruzów.

Kościół św. Trójcy w Krakowie po pożarze. Rysunek Maksymiliana Cerchy z 1855 roku.

Bez choćby jednego zastępu straży pożarnej

W 1850 roku Kraków był miastem w przybliżeniu 40-tysięcznym, zepchniętym na margines, coraz bardziej zbiedniałym. Po niedawnej utracie autonomii metropolia borykała się z głębokim kryzysem i politycznym bezwładem.

Zaniedbywano wiele spraw. Mieszkańcy masowo zaprzestawali ubezpieczania nieruchomości. Władze nie finansowały regularnej straży ogniowej, ani nie pilnowały respektowania przepisów przeciwpożarowych. Skutki niedopatrzeń okazały się tragiczne.


Reklama


Kliny w kominie, orzechy na poddaszu

„Dzień okropny, dzień na zawsze pamiętny w dziejach miasta Krakowa” – pisał Ambroży Grabowski o tym, co nastąpiło w czwartek 18 lipca 1850 roku.

Za dawną linią murów miejskich, u wylotu ulicy Krupniczej, zapaliły się tak zwane Dolne Młyny. Ogień zaprószyli nieostrożni robotnicy. Chcieli rozgrzać żelazną obręcz, rozpalili więc ognisko w izbie młyna. Panował okropny skwar i płomienie szybko wyrwały się spod kontroli.

Pożar Krakowa na grafice Józefa Kurowskiego.

Zapaliły się suszone w kominie kliny drewniane; wkrótce zajęła się już cała konstrukcja. Od niej zapalił się z kolei sąsiedni dom, gdzie jakiś sadownik suszył na poddaszu orzechy włoskie.

„Na nieszczęście dął silny wiatr” – pisał historyk Juliusz Demel w pracy Pożar Krakowa 1850 r. – „Niesione nim gorejące ziarno pszeniczne, kawałki orzechów, gontów, całe to zarzewie, padało gęstym deszczem na sąsiednie dachy, drewniane, wysuszone lipcowymi upałami”.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Pozorny sukces

Wprawdzie ludzie już biegli z miasta, by tłumnie udzielać pomocy, brakowało jednak sikawek czy choćby najprostszych narzędzi. Siekierami, a często wręcz gołymi rękoma zrywano dachy domów, by ograniczyć skalę pożogi.

Nie minęło 30 minut a już dziewięć budynków stało w płomieniach. Sądzono przynajmniej, że ogień nie zdoła rozprzestrzenić się dalej. Rzeczywiście postawiono mu tamę, nadal jednak dął nieustępliwy wiatr.


Reklama


Podmuchy niosły kawałki gontów i drewna na dziesiątki i setki metrów, przerzucając je aż w obręb plant.

„Całe miasto na raz było podpalone”

„Postrzec nawet nie można było, jak iskry i palące się głownie przez kilka domów przelatywały i opodal leżące domy zapalały” – pisał świadek tych wydarzeń profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Fryderyk Hechel.

Pożar Krakowa na obrazie Baltazara Stachowicza z 1850 roku.

Zapaliła się jedna z kamienic u zbiegu Plant i ulicy Gołębiej. Ogień przeskoczył z niej na kolejne zabytkowe domy. Zapłonęły Drukarnia Uniwersytecka, Szkoła Techniczna, kościół unicki, zabudowania przy ulicy Wiślnej…

„Los całej części miasta leżącej na linii wiatru był już całkiem przesądzony” – pisał Juliusz Demel. Z wielkim wysiłkiem zdołano wprawdzie ugasić dach zabytkowego gmachu Uniwersytetu, Collegium Maius, ale ogień parł dalej z zatrważającą szybkością.

Przeczytaj też: Kiedy Kraków dostał prawa miejskie? Oficjalna data jest z całą pewnością fałszywa

„W pół godziny później ujrzeliśmy płomień na dachu pałacu biskupiego, a jednocześnie prawie na przeciwległej stronie ulicy Grodzkiej” – relacjonowała sławna aktorka Helena Modrzejewska. – „Zdawało się, jakby całe miasto w kilku rogach na raz było podpalone. Popłoch był niesłychany”.

Ogień na Rynku

Pożar dotarł do Rynku Głównego, ulicy Brackiej, Franciszkańskiej. Ambroży Grabowski relacjonował z przejęciem:


Reklama


Trzask palących się gontów, huk upadających dachów… płacz, krzyk, lament ludzi unoszących w popłochu co kto mógł w nagłości z rzeczy swych pochwycić… wołanie ludzi ratujących: wody!… wody!…

Było to tak okropne, że przechodzi możliwość opowiedzenia lub opisania… i nie wyobrazi sobie tego nikt, kto naocznym nieszczęścia tego nie był świadkiem.

Skala zniszczeń poczynionych przez pożar z 1850 roku. Na czarno zaznaczono zabudowania, które spłonęły. Plan wydany wkrótce po wydarzeniach.

„Krwawa łuna rozjaśniała horyzont”

Południowa część rynku zgorzała. Dach Sukiennic pospiesznie zerwano, by chociaż one przetrwały. Ogień dotarł na Stolarską, Szeroką, nawet do Małego Rynku, Poselskiej i kościoła Dominikanów.

„Całe miasto było w płomieniach. Iskry leciały w górę, dym w rozmaitych odcieniach kłębił się, krwawa łuna rozjaśniała horyzont” – to znów słowa Heleny Modrzejewskiej.


Reklama


Wieczorem wiatr zaczął wreszcie słabnąć. Także płomienie wytracały teraz impet, ale walka z żywiołem trwała całą noc. Jeszcze 19 lipca powstawały nowe zarzewia. Dopiero 22 lipca spadł upragniony deszcz.

„Połowa twoich domów w gruzach pogrzebiona”

Anonimowy poeta, oglądający jak jego miasto zamienia się w rumowisko, pisał:

Krakowie! Smutna z ciebie stała się pustynia. O Twej dawnej świetności przebrzmiały marzenia… Połowa twoich domów w gruzach pogrzebiona, Przez mieszkańców opuszczona, z których okien wygląda okropne ziszczenie, a przepalonym ścianom grozi zawalenie.

Widok spalonego kościoła Dominikanów na grafice Karola Balickiego z 1850 roku.

Także inni autorzy twierdzili, że spłonęła nawet połowa miasta. W rzeczywistości ogień objął około 1/10 budynków: ponad 160 domów, cztery kościoły, dwa klasztory. Same liczby nie mówią jednak wszystkiego.

Niepowetowane straty

Zgorzały piękne kamienice przy Rynku (na przykład domy „Pod Opatrznością” i „Pod Złotą Głową”), spaliły się pałace Wielopolskich i biskupi, bezpowrotnie utracono wspaniałe zbiory sztuki. Żywioł nie oszczędził też świątyni franciszkańskiej czy kościoła św. Norberta.


Reklama


„Największą stratą była jednak ruina kościoła dominikanów” – podkreślał Juliusz Demel. – „Wypaliło się całe wnętrze kościoła z wyjątkiem kilku bocznych kaplic, zakrystii i skarbca. Pastwą płomieni padła też wieża z XVII wieku, stojąca przed kościołem, a znaczna część sklepienia runęła, zasypując gruzem wnętrze. Zgorzały liczne nagrobki o wielkiej wartości zabytkowej i artystycznej”.

Dzisiejsza świątynia, którą turyści podziwiają przy placu Wszystkich Świętych to w większym stopniu rekonstrukcja, niż zabytek. Podobnie zresztą jak przeważająca część budynków w tej części śródmieścia.

Przeczytaj też o tym, co stało się z krakowskim ratuszem. Dlaczego w mieście brakuje najważniejszego budynku?

Bibliografia

  • Demel Juliusz, Pożar Krakowa 1850 r., Kraków 1952.
  • Modrzejewska Helena, Wspomnienia i wrażenia, Kraków 1929.
Autor
Kamil Janicki
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.