Stanisław Marusarz na mistrzostwach świata w Lahti 1938. Dlaczego odebrano mu złoty medal?

To był pierwszy w historii medal mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym dla Polski. Zamiast zasłużonego złota Stanisław Marusarz musiał się jednak zadowolić w Lahti tylko srebrem. Wszystko za sprawą skandalicznej decyzji sędziów. Po latach przepraszał za nią naszego zawodnika sam prezydent Finlandii!

Na [rozgrywane w lutym 1938 roku] mistrzostwa świata do Lahti, niewielkiego miasteczka godzącego przemysł ze sportem, Polacy przyjechali w pięcioosobowym składzie. Skromną delegację tworzyli biegacze Edward Nowacki i Stanisław Karpiel, a także kombinatorzy i skoczkowie – Stanisław Marusarz, Mieczysław Wnuk i Stanisław Wawrytko.


Trudny początek mistrzostw

W Finlandii zabrakło Bronisława Czecha, chociaż wcześniej startował w zawodach w Garmisch-Partenkirchen, a niedługo potem wziął udział w mistrzostwach świata w konkurencjach alpejskich, które odbyły się w Engel bergu. Prawdopodobnie postawił na przygotowania do tej drugiej imprezy (zajmie miejsca w drugiej i trzeciej dziesiątce) i coraz bardziej czasochłonne obowiązki szkoleniowe.

Wobec braku Bronka największe oczekiwania wiązano z występem Staszka. W kombinacji nie wypadł najlepiej. Słaby wynik w biegu na osiemnaście kilometrów sprawił, że na skoczni musiał zaryzykować. Skok był daleki, ale zakończony upadkiem.

Polska ekipa podczas otwarcia mistrzostw świata w Lehti. Polską flagę trzyma Stanisław Marusarz (domena publiczna).
Polska ekipa podczas otwarcia mistrzostw świata w Lehti. Flagę trzyma Stanisław Marusarz (domena publiczna).

Marusarz bije rekord skoczni

Ostatnią szansą na dobry rezultat, a tym samym powrót do Zakopanego z tarczą, był rozgrywany zaledwie pół godziny później otwarty konkurs skoków. Chęć rehabilitacji była ogromna, ale na liście startowej zameldowała się światowa elita: Norweg Asbjørn Ruud (najmłodszy ze słynnych braci przejmował właśnie pałeczkę od Sigmunda i Birgera), jego rodak Reidar Andersen, Austriak Josef Bradl, Szwed Sven Eriksson oraz ulubieniec miejscowych kibiców Lauri Valonen.

Było się z kim bić o medale. Zainteresowanie zawodami było ogromne – by zobaczyć na własne oczy pojedynek najlepszych skoczków świata, do Lahti ściągnęły dziesiątki tysięcy widzów. Marusarz wytrzymał presję. Już w pierwszej próbie (66 m) poprawił rekord skoczni.

Przeczytaj też: Zasady dla podróżujących samolotami w II RP. Autentyczna instrukcja z 1930 roku

„Ludzie na trybunach szaleli. Z radości rzucano w górę kapelusze. Rozentuzjazmowani widzowie wynieśli mnie na rękach z wybiegu, podrzucając i oddając sobie z rąk do rąk. Doprawdy nie podejrzewałem Finów o taki temperament. Potem musiałem rozdać kilkadziesiąt autografów i pozować do licznych zdjęć.

Nigdy przedtem nie widziałem tylu fotoreporterów. Pozowałem zarówno fotografom zawodowym, jak i amatorom. Później znowu powędrowałem w ramiona publiczności. Unoszono mnie coraz dalej, tymczasem lada chwila miała się rozpocząć druga seria skoków. Zanosiło się na to, że nie zdążę na rozbieg” – wspominał w Na skoczniach Polski i świata.


Po pierwszej serii kroku dorównywała mu garstka konkurentów. Najgroźniejszy z nich, Norweg Hilmar Myhra, wyrównał wynik Polaka. Główny faworyt – kontynuator narciarskich tradycji Ruudów – skoczył o dwa i pół metra krócej!

Niech wreszcie skacze

Tymczasem Marusarz przedzierał się przez tłum, by zdążyć z drugim skokiem. Udało mu się w ostatnim momencie. Ciężko dysząc, patrzył, jak chorągiewka opada w dół. Sędzia startowy zlitował się nad narciarzem i po konsultacji telefonicznej z wieżą dał mu kilka chwil wytchnienia. Zniecierpliwiona fińska publiczność zaczęła głośno skandować „Marusar, Marusar!”, domagając się skoku Polaka.

Tekst stanowi fragment książki Dariusza Jaronia pod tytułem Skoczkowie. Przerwany lot (Marginesy 2020).
Tekst stanowi fragment książki Dariusza Jaronia pod tytułem Skoczkowie. Przerwany lot (Marginesy 2020).

Nie ma zmiłuj, trzeba ruszać! Staszek już miał pognać w dół rozbiegu, gdy zobaczył, że na progu zaroiło się od zawodników i fotoreporterów, pragnących uwiecznić jego skok. Po interwencji sędziów niechętnie cofnęli się o kilka kroków. Tłum szalał, a Staszek wreszcie pognał w stronę zeskoku.

Z większym jeszcze niż poprzednio impetem ruszyłem w dół, podniecony dopingiem publiczności i dużymi szansami na odniesienie zwycięstwa. Przysiadłem, jak tylko można było najniżej, aby nabrać szybkości. Na progu odbiłem się lekko, pracując rękami do punktu kulminacyjnego.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Potem w nieruchomym locie przygotowywałem się do lądowania, uprzytamniając sobie, że w miejscu, w którym będę lądował – a zorientowałem się, że mam długi skok – na skutek przekroczenia punktu krytycznego skoczni, zeskok jest już niemal zupełnie płaski i trzeba mieć naprawdę stalowe nogi, aby ustać.

Przy dużych odległościach na tego typu skoczni napór na nogi jest tak ogromny, jakby skoczek dźwigał na plecach stukilogramowy ciężar. Udało mi się pewnie wylądować, niemniej impet uderzenia okazał się tak wielki, że na skutek ogromnego napięcia mięśni poczułem w nogach coś w rodzaju dreszczy i nieprzyjemnego kłucia, ot jak gdyby mnie ktoś od stóp do bioder chłostał drucianą szczotką. Zakończyłem skok ostrą krystiania.


Rekord znów pobity

Żywiołowa fińska widownia zamarła. Trwało gorączkowe mierzenie odległości. Na zeskoku awantura. Sędziowie kłócą się o długość skoku Marusarza. Fin twierdzi, że było to 67,5 metra, Norweg upiera się, żeby od tego wyniku odjąć metr. Po krótkiej wymianie zdań panowie spotkali się w połowie drogi – skandynawskim targiem Staszkowi zaliczono 67 metrów i drugi tego dnia rekord skoczni!

Publiczność wpadła w ekstazę, wiwatując głośno na cześć najlepszego skoczka globu. Niemieccy zawodnicy doceniający klasę Polaka, podrzucali go wysoko, pokrzykując „Du bist Sieger!” (Jesteś zwycięzcą). Żaden z oponentów nie zbliżył się do długości skoku Staszka. Hilmar Myhra tym razem osiągnął 64,5 metra, a Asbjørn Ruud – 64 metry.

Marusarz był najlepszym przedwojennym polskim skoczkiem narciarskim. Tutaj na zdjęciu wykonanym podczas zawodów w Zakopanem (domena publiczna).
Marusarz był najlepszym przedwojennym polskim skoczkiem narciarskim. Tutaj na zdjęciu wykonanym podczas zawodów w Zakopanem (domena publiczna).

Staszek ze spokojem oczekiwał wyników zawodów, które miały zostać ogłoszone o osiemnastej. Sala pękała w szwach, wypełniona do ostatniego miejsca międzynarodowym tłumem dziennikarzy, zawodników i działaczy. Uroczystość opóźniała się. Minął kwadrans, potem kolejny. Kiedy Marusarz niecierpliwił się coraz dłuższym oczekiwaniem, w komisji sędziowskiej kłócono się o nazwisko zwycięzcy konkursu.

W pewnym momencie Staszka poprosił na stronę zaprzyjaźniony działacz narciarski z Finlandii i zdenerwowany szepnął mu do ucha. „Według mnie ty wygrałeś zawody, ale Norwegowie są innego zdania”. Polak zbladł, raz jeszcze zsumował odległości swoje i rywali.

Przeczytaj też: Bilety na pociąg w przedwojennej Polsce były koszmarnie drogie. Ile kosztowały?

Zloty medal zabrany przez sędziów

Wiedział, że skoczył w dobrym stylu. Wiedział, że ma nad najlepszymi z Norwegów kilka metrów przewagi, ale po słowach kolegi zaczął tracić wiarę w uczciwe sportowe rozstrzygnięcie. Wreszcie koniec stresującego oczekiwania. Rozsunięto kurtynę, a na scenie pojawili się przedstawiciele prezydium mistrzostw, by podać oficjalne wyniki zawodów i rozdać nagrody.

Czarna wizja nakreślona przez Fina okazała się prorocza. Jako pierwszego wywołano Asbjørna Ruuda, potwierdzając, że losy złotego medalu i miana najlepszego skoczka narciarskiego na świecie rozstrzygnięte zostały nie na skoczni, lecz przy zielonym stoliku. Sala, wyraźnie poruszona krzywdzącą decyzją sędziów, przyjęła zwycięstwo Norwega grobową ciszą.


Nowy mistrz podniósł się z krzesła i stał przez chwilę w zażenowaniu, jakby się wahał, czy powinien podejść do stolika, by odebrać nagrodę. Nic w tym dziwnego. Rodzina Ruudów była honorowa, zasady fair play miały dla braci większe znaczenie niż trofea.

„Czerwony i blady na przemian, zerkał z niewyraźną miną w moją stronę – zapamiętał Marusarz. – Trzeba przyznać, że sytuacja, w jakiej się znalazł, nie należała do przyjemnych. Po ponownym wywołaniu nazwiska najmłodszy z Ruudów podszedł w końcu do stołu prezydialnego.

Asbjørn Ruud na zdjęciu z lat 40. (domena publiczna).
Asbjørn Ruud na zdjęciu z lat 40. (domena publiczna).

Niepewnymi rękami odebrał puchar. Na sali rozległo się kilka suchych, zdawkowych braw. Natychmiast zagłuszyły je głośne gwizdy. Obejrzałem się i ze zdumieniem stwierdziłem, że to Norwegowie – kibice i zawodnicy, a nawet sędziowie – protestowali przeciw niezasłużonemu zwycięstwu swego ziomka”.

Prawdziwy mistrz

Chwilę później wywołano nazwisko Polaka. Oklaskom nie było końca. W góralskim sercu kotłowało się od emocji. Z jednej strony żal, smutek i wściekłość związana z odarciem z marzeń o upragnionym złocie, z drugiej zaskoczenie i wdzięczność dla stojącego po jego stronie tłumu zawodników i przedstawicieli prasy. Poruszony do głębi Staszek z trudem powstrzymywał łzy.

Przeczytaj też: Tak wyglądali prawdziwi mężczyźni. Zimowa moda męska sprzed wojny nadal zachwyca

Prezydium mistrzostw, przecząc ogłoszonym wynikom, przyznało Marusarzowi nie jeden, a dwa puchary. Poza trofeum dla wicemistrza świata przypadło mu jeszcze wyróżnienie za najdłuższy skok dnia. Od zwycięzcy był lepszy w obu próbach, w sumie przeskakując go o 5,5 metra.

Również Hilmar Myhra skakał dalej od swojego rodaka, ale musiał zadowolić się trzecim miejscem. O pierwszeństwie Asbjørna Ruuda zadecydowały trzy dziesiąte punktu. W skokach narciarskich to tyle co nic. A na pewno mniej niż pół metra odjęte z drugiego ze Staszkowych skoków po sprzeczce skandynawskich sędziów.


Warto dodać, że w owym czasie zawodników oceniało jedynie trzech arbitrów. Obecnie jest ich pięciu, a dwie skrajne noty są automatycznie odrzucane, żeby uniknąć… faworyzowania swych ulubieńców lub wyeliminować ewidentne wpadki sędziowskie.

Rywal oddaje puchar, prezydent przeprasza

Kto wie, czy sędziowie nie skrzywdzili młodego Norwega równie mocno jak Polaka. Bracia Ruudowie przyjaźnili się z polskimi skoczkami, szczególnie z Bronkiem i Staszkiem. W swoim sklepie w Kongsbergu mieli nawet zdjęcia polskich zawodników, pisali do siebie listy.

Nawet Ruud uważał, że złoty medal należał się Marusarzowi. Na zdjęci wykonanym w Lahti nasz niedoszły mistrz świata (domena publiczna).
Nawet Ruud uważał, że złoty medal należał się Marusarzowi. Na zdjęci wykonanym w Lahti nasz niedoszły mistrz świata (domena publiczna).

W pierwszym odruchu – powie później rodzinie wicemistrz świata – Asbjørn Ruud chciał mu nawet oddać puchar, ale Marusarz nie mógł go przyjąć. Honorową postawę rywala będzie jednak wspominał z pełnym uznaniem, tak jak przeprosiny Urho Kekkonena.

Wiele lat po tych zawodach prezydent Finlandii na własne życzenie spotka się w trakcie oficjalnej wizyty w Polsce ze Staszkiem i wyrazi skruchę za skandal sędziowski w Lahti.

***

Skoczkowie to opowieść o trojgu wybitnych przedstawicieli polskiego narciarstwa: Bronku Czechu, Staszku Marusarzu i jego siostrze Helenie.

Źródło:

Tekst stanowi fragment książki Dariusza Jaronia pod tytułem Skoczkowie. Przerwany lot. Ukazała się ona nakładem Wydawnictwa Marginesy

Polecamy

Tytuł, lead, tekst w nawiasie kwadratowym i śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia większej liczby akapitów.

Autor
Dariusz Jaroń
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Anna Winkler

Doktor nauk społecznych, filozofka i politolożka. Zajmuje się przede wszystkim losami radykalizmu społecznego. Interesuje się historią najnowszą, historią rewolucji i historią miast, a także kobiecymi nurtami historii. Chętnie poznaje dzieje kultur pozaeuropejskich.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.