Szlachecki sąd ziemski. Rycina z końca XVI wieku.

Szlachecki żart ze sprawiedliwości. Tak „karano” w dawnej Polsce przedstawicieli najwyższego stanu

Strona główna » Nowożytność » Szlachecki żart ze sprawiedliwości. Tak „karano” w dawnej Polsce przedstawicieli najwyższego stanu

W czasach średniowiecznych oraz nowożytnych wierzono, że porządek i spokój da się zagwarantować tylko dzięki bezwzględnej surowości kar. Tak rozumowano w każdym razie w miastach, w odniesieniu do plebejuszy, nie zaś przedstawicieli szlachty. Przestępców nie pozbawiano wolności, bo przecież utrzymywanie więzień generowałoby koszty dla władz. Poza tym nie zrodziły się jeszcze pomysły na resocjalizowanie sprawców.

Areszt trwał zwykle do czasu procesu. Jeśli doszło do skazania, przestępca tracił jakąś część ciała, rękę, nos albo uszy. Ewentualnie wypalano mu piętno w widocznym miejscu, tak by dla każdego było jasne, że ma do czynienia z odstępcą.


Reklama


W wypadkach recydywy lub wyjątkowo ciężkich przestępstw stosowano najwyższy wymiar kary, nawet w wymyślnej formie, na przykład z zastosowaniem ćwiartowania. Wszystko po to, by przestrzec innych rzezimieszków czy bandytów oraz by zapewnić makabryczną rozrywkę gawiedzi.

Inny rodzaj sprawiedliwości

Plebejusz, którego posądzono o kradzież, zwłaszcza nocną, o napad albo morderstwo, miał wszelkie powody, by się obawiać o swoje ciało i życie. W świecie szlacheckim rzecz postrzegano jednak zupełnie inaczej.

Nawet wyjątkowo obmierzłe czyny, o ile nie zaburzały ogólnego porządku i nie były wymierzone przeciw państwu lub zwłaszcza przeciw Bogu, były oceniane z perspektywy pieniężnej. Jeśli szlachcic okradł, pobił, zranił albo zabił drugiego szlachcica, to ten lub jego krewni ponieśli stratę, którą należało wynagrodzić. Nie obowiązywała reguła „oko za oko, ząb za ząb”. Jeśli już, to: grzywna za oko, grzywna za ząb.

Sprawa przed sądem u schyłku średniowiecza. Rysunek Juliusza Kossaka.
Sprawa przed sądem u schyłku średniowiecza. Rysunek Juliusza Kossaka.

Szlachciców niemal nigdy nie karano cieleśnie, a przypadki orzekania wobec nich kary śmierci należały do ewenementów. Jeszcze rzadsze były faktyczne egzekucje herbowników.

Kara miecza wobec szlachty

Kara miecza – nazywana tak, bo szlachciców tracono w sposób „honorowy”, właśnie mieczem, a nie na przykład poprzez powieszenie, spalenie lub utopienie – była stosowana w razie schwytania na gorącym uczynku, w sytuacji niewątpliwej umyślności czynu, gdy oskarżony nie wykazał skruchy, gdy wreszcie nie miał nic na swoją obronę, a może przede wszystkim wtedy, gdy nie miał odpowiednich powiązań rodzinnych i silnych patronów zdolnych się za nim wstawić.


Reklama


Przykładowo w roku 1596 w Trembowli szlachcic Paweł Ciemierzyński podał do sądu grodzkiego innego szlachcica, Stanisława Łoboskiego, za to, że jego krewniaka „gwałtownie, umyślnie, nie mając żadnego zajścia i przyczyny”, zamordował. Trybunał przychylił się do jego wniosku o karę śmierci. W przytłaczającej większości przypadków rzecz załatwiano jednak inaczej.

Obowiązywały konkretne stawki główszczyzny, a więc pieniężnej grzywny za zabójstwo. U schyłku XVI stulecia za zgładzenie szlachcica przez szlachcica płacono standardowo 384 złote polskie, a więc równowartość około 160 tysięcy złotych w dzisiejszej walucie. Właśnie o te pieniądze toczyły się procesy.

Tekst powstał na podstawie mojej książki pt. Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty (Wydawnictwo Poznańskie 2023).

Kara wieży w teorii i w praktyce

Poza tym szlacheckich morderców skazywano na pozbawienie wolności, ale to była kara dodatkowa i niekoniecznie dotkliwa. Standardowo odsiadka trwała zaledwie rok i 6 tygodni. W razie zabójstwa z użyciem broni palnej – 2 lata i 12 tygodni, wtedy też orzekano dwa razy wyższą główszczyznę.

Szlachcice byli osadzani w wieży przy siedzibie starostwa. Każdy gród musiał ją obowiązkowo posiadać, wiele z tych konstrukcji istnieje zresztą do dzisiaj. Na przykład na wzgórzu wawelskim w Krakowie złoczyńców skazanych przez sąd grodzki trzymano w baszcie wciąż nazywanej Złodziejską.

Każda taka wieża dzieliła się co do zasady na dwie części. Sprawcy drobniejszych przestępstw trafiali do wieży górnej – do pomieszczeń ogrzewanych, wyposażonych w okna, zabezpieczonych przed wilgocią. Morderców sadzano z kolei w wieży dolnej, pod ziemią, na głębokości przynajmniej 12 stóp i obowiązkowo na samym dnie lochu – in fundo.

Tam było zimno, mokro, ciemno i ciasno. Łukasz Górnicki komentował, że trudno było w takich warunkach przetrwać rok, a co dopiero dłużej. Teoria rozmijała się jednak nieraz z praktyką, przynajmniej gdy chodziło o szlachtę.


Reklama


Jak zwykle pieniądze i układy towarzyskie okazywały się ważniejsze od wyroków. Starostowie, zobowiązani utrzymywać wieże na własny koszt, strzec więźniów i ich karmić, nagminnie starali się unikać tego obciążenia. Wydawali więc decyzje możliwie łagodne albo szli na układy ze skazańcami. W zamian za łapówki lub tylko z racji pokrewieństwa, szacunku i innych powiązań zapewniali im lepsze, czasem wręcz luksusowe warunki odsiadki.

Starczy zacytować pamiętnikarza Jana Poczobuta-Odlanickiego, który trafił do wieży w drugiej połowie XVII wieku. Tyle że była to nie wieża, ale „piękna stancja, z wolnym chodzeniem do kościoła”. Poza tym połowę zasądzonego wyroku anulowano na skutek „uproszenia” trybunału.

Szlachecki sąd ziemski. Rycina z końca XVI wieku.
Szlachecki sąd ziemski. Rycina z końca XVI wieku.

Taksa za ranę siną

Za pojmanie innego szlachcica karano grzywną i osadzeniem w wieży na czas trzy razy dłuższy niż trwało bezprawne zniewolenie. Dla zranień sejmy uchwalały z kolei złożone taryfikatory.

U schyłku XVI wieku taksa za „ranę siną”, a więc zasadniczo za guzy i siniaki, a nie zranienia, wynosiła niespełna 10 złotych polskich, równowartość dzisiejszych 4 tysięcy złotych. Za „ranę krwawiącą” 32 złote polskie, za wybicie zęba podobnie, ale już za ucięcie palca lub „dużą ranę krwawą na twarzy” – 48 złotych polskich. Były to sumy odpowiadające nawet niespełna 20 tysiącom w naszych pieniądzach.


Reklama


Gdy zaś doszło do „ochromienia” kończyny, utraty wzroku, nosa, ręki lub nogi, zasądzano aż połowę główszczyzny obowiązującej przy morderstwie. Walka sądowa była ogółem warta świeczki, chodziło o kwoty, które nawet w budżetach właścicieli folwarków mogły zrobić zauważalną różnicę.

Typowy awanturnik szlachecki czy też nawet typowy szlachcic ogółem liczył się z tym, że od czasu do czasu przyjdzie mu przełknąć porażkę sądową i zapłacić grzywnę. To nie takich kar się obawiano.

Polski szlachcic na akwareli Konstancji Głogowskiej. Początek XIX wieku.
Polski szlachcic na akwareli Konstancji Głogowskiej. Początek XIX wieku.

Jedyne kary, których autentycznie obawiali się szlachcice

O ile plebeje bali się o życie, o tyle panowie folwarczni, którzy w skrajnym stopniu naruszyli mir lub zaszli za skórę społeczności – drżeli na myśl o utracie tego, co było im najbliższe i co decydowało o ich statusie. A więc nie głowy, lecz majątku ziemskiego.

Za najcięższe przestępstwa publiczne, a także za ignorowanie wyroków i niepłacenie zasądzonych grzywien oraz główszczyzn, sądy orzekały wobec herbowników kary konfiskaty majątku, banicji, czyli wygnania z kraju, oraz infamii.


Reklama


Sankcje te były, przynajmniej oficjalnie, najgorszym, co mogło spotkać waćpana. Infamis tracił cześć i prawa publiczne, w skrajnych przypadkach uważano go wprost za martwego, a jego żonę za wdowę. Każdy inny szlachcic miał poza tym prawo bezkarnie zabić infamisa, mógł też oczekiwać w zamian udziału w jego majętnościach.

W praktyce wszystko jednak zależało od pozycji skazanego. Nie brakowało banitów i infamisów, którzy albo po czasie wracali do kraju, albo wprost śmiali się w twarz sądom.

Jak komentuje Adam Moniuszko, „wydaje się, że wobec zbyt częstego orzekania tej kary traciła ona w praktyce na swej ostrości”. I to do takiego stopnia, że ludzie, którzy ośmielali się napadać na infamisów lub ich zabijać zgodnie z zapadłym wyrokiem, mogli się niekiedy obawiać, że sami zostaną potraktowani jak mordercy.

Źródło

Tekst powstał na podstawie mojej książki pt. Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty (Wydawnictwo Poznańskie 2023). To bezkompromisowa opowieść o warstwie, która przejęła pełnię władzy w Polsce, zniewoliła resztę społeczeństwa i stworzyła system wartości, z którym borykamy się do dzisiaj. Dowiedz się więcej na Empik.com.

WIDEO: Niewygodne korzenie kultury szlacheckiej

Autor
Kamil Janicki

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka toŚredniowiecze w liczbach(2024).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.