Wyprawa Shackletona na Antarktydę. "Przynajmniej połowa z nas oszalała"

Strona główna » XIX wiek » Wyprawa Shackletona na Antarktydę. "Przynajmniej połowa z nas oszalała"

Uczestnicy wyprawy Ernesta Shackletona w sierpniu 1914 roku wyruszyli z Wielkiej Brytanii na pokładzie „Endurance” w kierunku Antarktydy. Zamierzali jako pierwsi przemierzyć cały kontynent. Po tym jednak jak ich statek został skuty lotem i zatonął jesienią 1915 roku przez 170 dni dryfowali na krze lodowej. Następnie spędzili przerażający, mroźny tydzień w trzech małych łodziach na południowym Atlantyku, próbując dotrzeć do Wyspy Słoniowej. Oto opis tych siedmiu dni i pierwszych chwil na lądzie.

Wyspa Króla Jerzego oraz Wyspa Zwodnicza na zachodzie były już poza ich zasięgiem. Wyspa Słoniowa na północy, czyli położony najbliżej nich ląd, znajdowała się poza pakiem lodowym, na otwartym morzu.


Reklama


Za nimi na południowy zachód rozciągała się Zatoka Nadziei, mieszcząca się na szczycie Półwyspu Palmera, położona ponad 200 kilometrów od nich na wodach, które chwilowo były dość spokojne. (…)

Zima na odkrytych łodziach

Shackleton zdecydował skorzystać z północno-zachodniego wiatru i obrócić łodzie z powrotem, w stronę Zatoki Nadziei. O zmroku znaleźli się pomiędzy luźnymi odłamkami lodu na wzburzonym morzu. Robiło się coraz zimniej i wilgotniej i, podobnie jak poprzedniej nocy, nie udało się znaleźć kry dość dużej na rozbicie obozu. W końcu łodzie uwiązano jedna za drugą i zacumowano po zawietrznej do sporej bryły lodu.

Skuty lodem statek "Endurance" (Frank Hurley/domena publiczna).
Skuty lodem statek „Endurance”. Po zatonięciu jednostki Shackleton i jego ludzie spędzili 170 dni na krze lodowej (Frank Hurley/domena publiczna).

O godzinie 21 wiatr zmienił kierunek i przegonił chmury, odsłaniając tym samym jasny księżyc, ale jednocześnie uderzając łodziami o poszarpaną krę. W pośpiechu przecięto cumkę prowadzącej łodzi, to jest Jamesa Cairda, przez co z braku innego kotwiczenia te trzy niewielkie jednostki dryfowały nocą po morzu pełnym lodowych odłamków.

Temperatura spadła i na powierzchni wody wykwitły kolejne lodowe wzory. Drżący i wtuleni w siebie mężczyźni próbowali wyrwać choćby kilka minut snu. Wielu wolało wiosłować, odpychać na boki kawałki lodu, które sunęły w ich stronę, albo też robić cokolwiek innego, byle tylko rozruszać zmarznięte ramiona.

Mróz i wielkie zmęczenie

„Z niemal bezchmurnego nieba sporadycznie tylko leciał śnieg” – pisał Shackleton. „Spadał cicho na powierzchnię morza i kładł się cienką chmurką bieli na naszych ciałach i łodziach”. Lees, przebywający na Dudleyu Dockerze, przywłaszczył sobie jedyny komplet olejowanej odzieży wodoodpornej, którą absolutnie nie zamierzał się dzielić. I jak wskazywało jego chrapanie, jako jedyny potrafił się w tym czasie przespać.

Kiedy mglisty poranek przyniósł wreszcie kres nocy, załoga odkryła, że łodzie pokryte są lodem, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Temperatura w nocy spadła do −22 stopni Celsjusza. Podczas odrąbywania lodu siekierami mężczyźni przekazywali sobie cukier w kostkach do zjedzenia.


Reklama


„Większość ludzi wyglądała już na autentycznie przemęczonych” – pisał Shackleton. „Wargi mieli popękane, a zaczerwienione oczy i powieki pokryte były solą. (…) Musieliśmy rzecz jasna prędko wylądować i postanowiłem, że celujemy w Wyspę Słoniową”.

Wyścig z czasem

Wiatr ponownie zmienił kierunek i wiał teraz od południowego wschodu. Kolejna zmiana decyzji przez Shackletona co do udania się na najbliższą wyspę była podyktowana tym, że zdał on sobie wreszcie sprawę, iż ściga się z czasem o życie wielu swoich ludzi. Nie mógł już sobie pozwolić na luksus ostrożności.

Artykuł stanowi fragment książki Caroline Alexander pt. Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę (Wydawnictwo Poznańskie 2021).
Artykuł stanowi fragment książki Caroline Alexander pt. Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę (Wydawnictwo Poznańskie 2021).

Łodzie płynęły więc z wiatrem w stronę Wyspy Słoniowej, mężczyźni na dziobach usiłowali odpychać nadpływające bryły lodu, podczas gdy płynęli niepewnie naprzód kanałami pośród cienkiej warstwy nowo powstałego lodu. Wiatr przybierał na sile i łodzie raz jeszcze dotarły na granicę paku lodowego, koło południa wypłynęły zaś na szafirową głębię otwartych wód.

Słońce wzeszło, wiatr im sprzyjał i wiał mocno, a oni mknęli ku swojemu przeznaczeniu. Do godziny 16 wiatr się wzmógł i przerodził w sztorm, który to posyłał wysokie fale uderzające w łódź, dokładając się tym samym do ich rozpaczy.


Reklama


28 znękanych mężczyzn

Sam Stancomb Wills miał nieuniesione krawędzie nadburcia, przez co woda wlewała się do zapasów i na ludzi. Z pokładu Jamesa Cairda Shackleton wyczuwał, że musi poprawić morale załogi choćby w jakiś drobny sposób, dlatego rozdał dodatkową porcję jedzenia wszystkim wiosłującym. Część mężczyzn nie mogła skorzystać z tego dodatku, trawiła ich bowiem choroba morska. Wielu też cierpiało z powodu czerwonki wywołanej surową karmą dla psów, przez co musieli przewiesić się przez burty i balansować na okrężnicy.

Shackleton rozkazał, ażeby łodzie utrzymywały się w zasięgu głosu, co z każdą chwilą było coraz trudniejsze. Stancomb Wills nabrał wody do kolan i Holness – który pracował niegdyś na trałowcu oraz stawiał czoła lodowatym wodom północnego Atlantyku – ukrył twarz w dłoniach, a następnie zaszlochał z mieszaniną przerażenia i smutku.

Shackleton na zdjęciu wykonanym między 1914 a 1916 rokiem (domena publiczna).
Shackleton na zdjęciu wykonanym między 1914 a 1916 rokiem (domena publiczna).

Worsley, płynący równo z Jamesem Cairdem, zasugerował Shackletonowi, aby popłynęli dalej przez noc. Ten jednak, ostrożny jak zawsze w kwestii swoich ludzi, a także pełen obaw o to, że mogliby po ciemku ominąć wyspę, wydał rozkaz spoczynku. Nie była to łatwa decyzja. – Wątpiłem, czy wszystkim uda się przetrwać tę noc – stwierdził wprost.

Brak wody pitnej

Na domiar złego skończyła im się woda. Zazwyczaj pozyskiwano ją w każdym kolejnym „obozowisku”, jednak kiedy poprzedniej nocy pospiesznie opuścili tamtą zmieniającą kierunek krę, nie było już na to czasu. Mężczyźni byli udręczeni za sprawą słonej wody tryskającej im raz po raz prosto w twarz, ich usta spuchły, a wargi krwawiły. Jedyną ulgę przynosiło surowe focze mięso.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Za burtę wyrzucono dryfkotwy zrobione z pasów płótna i wioseł – tak zaczęła się trzecia noc na łodziach. Mimo niezwykle trudnych dni oraz długich i potwornych godzin spędzonych w ciemności, sternicy – czyli Wild i McNish, Hudson i Crean, a także Worsley i Greenstreet – trwali niewzruszenie na swoich stanowiskach, podczas gdy rozbijały się o nich fale, ubrania zamarzały na ich ciałach, a wiatr i mgła szczypały zmęczone twarze.

Coraz bliżej lądu

Wiatr ustąpił w nocy i o świcie bezsenni mężczyźni ujrzeli niesamowity, różowo-fioletowy wschód słońca, który rozbłysnął na wschodnim horyzoncie. Dodatkowo zaledwie 50 kilometrów w linii prostej od nich znajdowała się wyspa Clarence, a jej ośnieżony szczyt lśnił w świetle brzasku.

Później, już w pełnym świetle, ich oczom ukazała się Wyspa Słoniowa, a jej położenie geograficzne dokładnie pokrywało się z wcześniejszymi wyliczeniami Worsleya, co Shackleton ujął następująco: „Przewidział to po dwóch dniach nawigacji zliczeniowej przy jednoczesnym podążaniu krętym kursem przez pak lodowy, po dryfowaniu przez dwie noce, kiedy to byliśmy zdani na łaskę wiatru i fal”.

Wyspa Słoniowa miała mniej strome brzegi, poza tym znajdowała się ona po nawietrznej, dzięki czemu gdyby łodziom nie udało się przybić do brzegu w wybranym miejscu za pierwszym razem, to w dalszym ciągu mieliby Clarence po zawietrznej jako alternatywę. Noc zebrała swoje żniwo.

Mapa pokazująca szlak jaki przebyli podróznicy. W czerwonym kółku Wyspa Słoniowa (domena publiczna).
Mapa pokazująca szlak jaki przebyli podróżnicy. W czerwonym kółku Wyspa Słoniowa (domena publiczna).

Połowa drużyny oszalała

„Przynajmniej połowa drużyny oszalała” – stwierdził Wild. „Szczęśliwie nie byli agresywni, a jedynie bezsilni, pogrążeni w rozpaczy”. Stancomb Wills podpłynął do Cairda, żeby donieść, iż Hudson załamał się po 27 godzinach przy rumplu, natomiast Blackborow powiedział, że „coś jest nie tak” z jego stopami. Ciągłe zanurzenie w słonej wodzie spowodowało u wielu mężczyzn wystąpienie bolesnych ropni.

Ich ciała mocno ucierpiały podczas podróży, a gardła pulsowały z bólu powodowanego pragnieniem. Wiatr ustał i zabrali się do wiosłowania, a zadanie to było boleśniejsze z powodu odcisków pokrywających ich dłonie. Do trzeciej po południu łodzie znajdowały się już tylko 16 kilometrów od lądu, a lodowiec oraz górę lodową można było obejrzeć już ze szczegółami.

Na tym etapie mężczyźni napotkali silne prądy pływowe, które utrzymywały łodzie na dystans. Po dobrej godzinie wiosłowania z całą mocą zbliżyli się do wyspy o jakieś 1,5 kilometra. O godzinie 17 na północnym zachodzie pociemniały chmury i wkrótce później rozpętała się burza. Nie czekało ich zatem lądowanie, a tylko kolejna noc w kołyszących się łodziach.

Dalsza walka z żywiołem

„Znajdowaliśmy się pośrodku bezładnego, nierównego morza, a w naszą stronę nurt płynął z dwóch różnych kierunków, co było znacznie bardziej niebezpieczne w przypadku małych łodzi niż równoległe, proste fale podczas silnej wichury na otwartym morzu” – pisał Worsley. „Nasze łodzie nie były w stanie się uspokoić, a umiejętne sterowanie stało się najwyższą sztuką”.

We wszystkich trzech łodziach bez przerwy wybierano wodę. W najbardziej wystawionym na ataki Stancombie Willsie czterech z ośmiu mężczyzn nie było w stanie w tym pomóc: McIlroy, How i Bakewell wylewali wodę za burtę, walcząc o życie swoje i reszty załogi, podczas gdy Crean ściskał rumpel.

Na pokładzie Jamesa Cairda McNish zmienił Wilda u steru, ale zasnął na chwilę z wyczerpania. W tym momencie niewzruszony Wild przejął z powrotem stery, a jego „stalowoniebieskie oczy” – jak napisał później Shackleton z czułością i dumą – wyglądały „w stronę nadchodzących dni”.

Fragment wybrzeża Wyspy Słoniowej. To w to miejsce dotarli Shackleton i jego ludzie (David Stanley/CC BY 2.0).
Fragment wybrzeża Wyspy Słoniowej. To w to miejsce dotarli Shackleton i jego ludzie (David Stanley/CC BY 2.0).

90 godzin bez snu

Z kolei w Dockerze około północy Cheetham usłyszał, jak tył łodzi trzeszczy i wszyscy uczestnicy wyprawy rzucili się, aby przesunąć swoje zapasy. Skulony pod płótnem jednego z namiotów Greenstreet zdołał rozświetlić wnętrze zapałką, żeby Worsley mógł spojrzeć ukradkiem na swój maleńki kompas.

Później niektórzy z załogi zauważyli, że Worsley przestał ich słyszeć, a głowa zapada mu się stopniowo w korpus. Gdy w końcu udało się go przekonać, aby oddał sterownicę Greenstreetowi, tak zesztywniał od garbienia się nad drążkiem sterowym, że nie był w stanie się wyprostować, a jego sztywne mięśnie wymagały najpierw rozmasowania, zanim mógł się położyć prosto na dnie łodzi. Nie spał od ponad 90 godzin.


Reklama


„Była to surowa noc” – pisał Shackleton. James Caird wziął na hol słabującego Stancomba Willsa, a mimo to niekiedy ta druga łódź ginęła z oczu, znikając we wzburzonej wodzie, a następnie wyłaniała się z czarnego morza, przeskakując akurat nad grzbietem fali.

Skalista plaża na horyzoncie

To, czy Stancomb Wills, najbardziej licha spośród trzech łodzi, da sobie radę, zależało od utrzymania kontaktu z Cairdem i przez całą noc Shackleton siedział z dłonią na linie holowniczej, porastającej coraz bardziej lodem. Mężczyzna musiał być naprawdę bliski wyczerpania.

Artykuł stanowi fragment książki Caroline Alexander pt. Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę (Wydawnictwo Poznańskie 2021).
Artykuł stanowi fragment książki Caroline Alexander pt. Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę (Wydawnictwo Poznańskie 2021).

„Praktycznie od kiedy wyruszyliśmy, sir Ernest stał wyprężony dzień i noc na nawisającej rufie Cairda” – pisał Lees. „Niesamowite, że ustał, ciągle czujny, w tak odsłoniętym miejscu”. Shackleton nie spał od dnia, w którym opuścili Obóz Cierpliwości.

Gwałtowna śnieżyca sprawiła, że załogi łodzi straciły ze sobą kontakt wzrokowy, a gdy ustała, Dudley Docker zniknął, jakby rozpłynął się w ciemności i szalejącym morzu. Dla Shackletona był to być może najtrudniejszy moment podczas całej wyprawy.


Reklama


Kiedy nareszcie przyszedł świt, powietrze było tak ciężkie od mgły, że mężczyźni na pokładach Cairda i Willsa dopiero po czasie zorientowali się, że są już pod klifami Wyspy Słoniowej. Niespokojnie płynęli wzdłuż urwistej linii brzegowej aż do godziny 9, kiedy to dojrzeli wąską plażę po północno-zachodniej stronie wyspy, która wyłoniła się zza skąpanych w słońcu skał.

Kamień z serca

„Uznałem, że musimy stawić czoła niebezpieczeństwom, które niesie ze sobą to nieatrakcyjne lądowisko” – napisał Shackleton. „Dwa dni i dwie noce bez picia i ciepłego jedzenia wprowadziły istny zamęt pośród większości członków załogi. Jego własne gardło i język były tak spuchnięte, że mógł jedynie szeptać, a jego rozkazy podawali dalej Worsley lub Hurley.

Shackleton i jego ludzie po wylądowaniu na Wyspie Słoniowej (F. Hurley/domena publiczna).
Shackleton i jego ludzie po wylądowaniu na Wyspie Słoniowej (F. Hurley/domena publiczna).

Shackleton wszedł na pokład Willsa, żeby wprowadzić go jako pierwszego, i dokładnie w tym momencie w zasięgu ich wzroku pojawił się Dudley Docker. „Kamień spadł mi wtedy z serca” – napisał Shackleton.

Wills został starannie ustawiony przy wlocie do rafy, po czym na jednej z fal wpłynął prosto na kamienistą plażę. Shackleton polecił, aby to Blackborow jako najmłodszy uczestnik ekspedycji miał zaszczyt wyjść na ląd jako pierwszy. Młodzian siedział jednak bez ruchu.


Reklama


Radość niczym na widok alkoholu

„Pomogłem mu przejść przez burtę, żeby uniknąć opóźnień. Może tylko zrobiłem to trochę zbyt obcesowo” – pisał Shackleton. „Natychmiast usiadł w wodzie i nie chciał się ruszyć. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, o czym zdążyłem zapomnieć, mianowicie że poważnie odmroził sobie obydwie stopy”.

Docker poszedł w ślady Willsa, a następnie James Caird, który był zbyt ciężki, aby wylądować, musiał zostać rozładowany żmudnie na raty i dopiero potem można go było wciągnąć przez rafę na plażę obok pozostałych łodzi. Mężczyźni wyszli chwiejnym krokiem na ląd. Hurley, ze swoim Vest Pocketem firmy Kodak w dłoni, wyskoczył, żeby uwiecznić lądowanie łodzi i pierwszy posiłek na Wyspie Słoniowej.

Załoga Shackletona na Wyspie Słoniowej (F. Hurley/domena publiczna).
Załoga Shackletona na Wyspie Słoniowej (F. Hurley/domena publiczna).

„Niektórzy zachwycali się plażą tak bardzo, jakby właśnie znaleźli na tej bezludnej wyspie nieskończony zapas alkoholu” – pisał Shackleton. Jego skonsternowany, ojcowski ton odmalowuje niemal komiczną scenę ponownej aklimatyzacji. W dziennikach przeważa jednak mroczny ton opisujący skutki podróży.

Aberracje, drżenia i atak siekierą

„Wielu cierpiało z powodu tymczasowej aberracji umysłowej” – donosił Hurley. „Jedni szlajali się bez celu, inni drżeli, jakby zapadli na drżączkę poraźną” [tak nazywano wtedy chorobę Parkinsona]. „Hudson postradał zmysły” – stwierdził McNish z typową dla siebie bezpośredniością. Niektórzy wkładali sobie do kieszeni kamienie albo tarzali się po kamienistej plaży, ukrywając twarz w kamieniach i obrzucając się nimi.

„Na Willsie zaledwie dwóch mężczyzn nadawało się do czegokolwiek” – wspominał Wordie. „A część towarzyszy po prostu zwariowała. Jeden wziął nawet siekierę i opanował się dopiero po zabiciu jakichś dziesięciu fok. (…) Żaden z nas z pokładu Cairda tak nie ucierpiał”.

Spędzili siedem przerażających dni w odkrytych łodziach na południowym Atlantyku i to na samym początku polarnej zimy. Przez sto siedemdziesiąt dni dryfowali na krze lodowej bez wystarczających zapasów jedzenia oraz bez odpowiedniego schronienia. Do tego od 5 grudnia 1914 roku – to jest od czterystu dziewięćdziesięciu siedmiu dni – nie postawili stopy na lądzie.

Członkowie załogi Shackletona oczekujący na ratunek na Wyspie Słoniowej (domena publiczna).
Członkowie załogi Shackletona oczekujący na ratunek na Wyspie Słoniowej (F. Hurley/domena publiczna).

Mężczyźni po zjedzeniu posiłku, na który składały się steki z fok, zrzucili torby na ziemię i przygotowali się do spędzenia nocy.

„Nie spałem wtedy za dużo – wspominał Bakewell. – Leżałem tylko w wilgotnym śpiworze i się relaksowałem. Trudno mi było uzmysłowić sobie tak do końca, że znowu przebywam na starej, dobrej ziemi. Wstawałem kilka razy w ciągu nocy i podchodziłem do innych, którzy tak samo jak ja byli zbyt szczęśliwi, by spać. Zbieraliśmy się wokół ogniska, jedliśmy i piliśmy trochę, paliliśmy i rozmawialiśmy na temat minionych przygód”.


Reklama


Jak wkrótce mieli się przekonać, przybyli tam w wyjątkowo pogodny dzień. Wyspa Słoniowa oferowała im zbawienie, ale tak naprawdę trudno było sobie wyobrazić bardziej ponure i wrogie miejsce.

Przeczytaj również o największej erupcji wulkanicznej w dziejach ludzkości. Cały świat odczuł jej katastrofalne skutki

Źródło

Artykuł stanowi fragment książki Caroline Alexander pt. Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę. Jej polskie wydanie ukazało się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

Jedna z najwspanialszych wypraw w dziejach

Autor
Caroline Alexander
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Seryjni mordercy II RP. Jego najnowsza pozycja to Damy Władysława Jagiełły (2021).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.