Brutalność policji w II RP. Łamali ręce, przypalali ciała, kopali do nieprzytomności

Grozili bronią, okładali pięściami, wieszali za ręce pod sufitem. Torturowanie podejrzanych przez policję było w przedwojennej Polsce standardem. Panowało przekonanie, że tylko w ten sposób da się szybko i skutecznie wyciągnąć przyznanie do winy.

7 marca 1922 roku w ręce warszawskiej policji wpadł Szczepan Paśnik. Już pierwsze przesłuchania potwierdziły podejrzenia śledczych. Mężczyzna gwałcił kobiety, a następnie dźgał je nożem lub dusił paskiem od spodni. Był pierwszym seryjnym mordercą w przedwojennej Polsce. Przyznał się do wszystkiego. Ale gdy tylko ruszył jego proces… wycofał wszelkie zeznania.


Reklama


Historia Szczepana Paśnika, którą opisuję ze szczegółami w swojej nowej książce pt. Seryjni mordercy II RP, była wyjątkowa. Ale to co nastąpiło podczas procesu już nie.

Paśnik, który w śledztwie sypał najbardziej odrażającymi szczegółami i wylewnie odpowiadał na wszelkie pytania prokuratora, przed sędzią stanowczo oznajmił, że wcale nie jest zbrodniarzem.

Szczepan Paśnik wraz z żoną na rysunkach opublikowanych przez stołeczną prasę.

Mówił, że nie zabijał kobiet pod Warszawą ani w celach seksualnych, ani rabunkowych. W ogóle nie miał nic wspólnego z serią tajemniczych mordów. A na śledztwie przyznał się do niepopełnionych czynów, bo… policjanci „bili go i torturowali w nieludzki sposób”.

„Sposób bardzo zwykły, utarty”

Takie sytuacje zdarzały się nagminnie. „Oskarżony tłumaczy się w sposób bardzo zwykły, utarty w sferach bandyckich” — podkreślił sprawozdawca „Gazety Porannej 2 Grosze”. I rzeczywiście, przestępcy posadzeni na ławie oskarżonych niemal zawsze twierdzili, że nie tylko są niewinni, ale też że wszelkie zeznania wyduszono z nich siłą.


Reklama


Zjawisko było znane tak w Polsce, jak i zagranicą. W latach 30. XX wieku w Niemczech powstanie nawet fachowy poradnik dla służb śledczych sugerujący, jak należy postępować, by uniknąć cofania zeznań i wystrzec się oskarżeń o maltretowanie czy też zastraszanie aresztantów.

Autor pracy doradzi, by podejrzanych „skłaniać” do własnoręcznego spisywania wyjaśnień (co przyda im autentyzmu). Zasugeruje też kilkukrotne streszczanie przyznania do winy w protokole (tak by dodatkowo utrudnić jego odwołanie).

W swojej najnowsze książce Seryjni mordercy II RP Kamil Janicki demaskuje mroczne oblicze przedwojennej Polski (Wydawnictwo Literackie 2020).
O ciemnych stronach przedwojennego wymiaru sprawiedliwości piszę szeroko w swojej książce: Seryjni mordercy II RP (Wydawnictwo Literackie 2020).

Ten instruktaż z epoki hitlerowskiej dyktatury na początku 1939 roku zostanie polecony do użytku również nad Wisłą. I to przez oficjalny „Przegląd Policyjny”.

„Babski sposób oporu władzy”

Polscy policjanci konsekwentnie twierdzili — przez całe dwudziestolecie międzywojenne — że oskarżenia nie mają faktycznych podstaw. Policja nie biła. To tylko kryminaliści stale uciekali się do różnych forteli, by uniknąć odpowiedzialności.


Reklama


Na początku 1922 roku w innym oficjalnym periodyku, „Gazecie Policji Państwowej”, pisano na przykład o typowym „babskim sposobie oporu władzy”. Autor artykułu utrzymywał, że przestępczynie mają w zwyczaju udawać, iż policjant je przewrócił, albo kopnął, tak by ściągnąć uwagę postronnych i wyłgać się od aresztowania.

Mężczyznom też zarzucano podobny cynizm. Tyle że raczej na dalszych etapach postępowania, bo zatrzymany przez policjanta postawny osiłek wołający ratunku, raczej nie wzbudziłby niczyjej litości na ulicy…

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Poszedł siedzieć, bo powiedział że bili

Służby z wielkim zaangażowaniem zwalczały akty rzekomego krzywoprzysięstwa. Zdarzyło się, że delikwenta, który (ponoć kłamliwie) doniósł o pobiciu kobiety przez policjanta, skazano na rok więzienia.

Ba! Przytrafiło się nawet, że przed sądem stanął komendant posterunku, po tym jak (ponoć dla zakrycia własnych nadużyć) oskarżył innego wysokiego funkcjonariusza o „wymuszanie zeznań od świadków”.

Więzienie Karne w Wiśniczu. Rok 1933.

Historie były nagłaśniane i kazały każdemu dwa razy się zastanowić, nim doniósł o policyjnej przemocy. Mimo to temat wracał jak bumerang.

Same „kłamstwa” i „insynuacje”

Aresztant, którego komisarz wyzywa od „kabanów” i „świń”, po czym okłada go po twarzy i przykłada mu rewolwer do czoła, żądając samooskarżenia.


Reklama


Mężczyzna podejrzany o morderstwo, którego policjanci bili i „zatruli jakimś płynem”, co miało „spowodować go do złożenia odwołanych później zeznań”.

Grupa robotników twierdzących, że nie tylko niesłusznie ich aresztowano i przetrzymywano przez dwie i pół doby, ale też — że komendant posterunku „ordynarnie im wymyślał”, targał ich za włosy i brody, kopał, a dwóch z zatrzymanych „ze związanymi rękami powiesił na łańcuchu u sufitu” i zostawił tak na kilka godzin. Na koniec zaś zagroził, że zginą, jeśli komukolwiek powiedzą, jak się nad nimi znęcano…

Czy każde z tego typu doniesień było kłamliwe i wyolbrzymione, jak twierdzili mundurowi? Twarde statystyki oraz oficjalne dokumenty prowadzą do przeciwnego wniosku. W rzeczywistości polska policja biła. I to bez przerwy.

„Niewłaściwe środki przy wymuszaniu zeznań”

Już wiosną 1919 roku prokuratura sądu apelacyjnego w Warszawie wydała okólnik „w przedmiocie zachowania się policji wobec osób pociąganych do odpowiedzialności karnej”.

Cela izolacyjna w więzieniu na Świętym Krzyżu. Fotografia z lat 30. XX wieku.

W dokumencie wytknięto „stosowanie różnych niewłaściwych środków przy wymuszaniu zeznań” i podkreślono „karygodność takiego postępowania”. Jeśli pismo nie tylko zostało puszczone w obieg, ale nawet udostępnione publice, to najwidoczniej problem uznano za naglący i powszechny. Na to samo wskazują materiały sejmowe.

Kwestia maltretowania podejrzanych przez policję ustawicznie trafiała pod obrady parlamentu. W 1920 roku dotyczyło jej dwanaście interpelacji poselskich. W 1921 — już siedemnaście. I co ważne, w zdecydowanej większości przypadków rząd przyznał, że do nadużyć istotnie doszło.


Reklama


Szefowie policji też mieli pełną świadomość stosowanych praktyk. Może i sprawy zamiatano pod dywan, a oskarżenia bagatelizowano, ale po cichu toczyły się tysiące postępowań dyscyplinarnych.

370 ukaranych w jednym roku

Tylko w 1923 roku za „pobicie” ukarano przeszło 370 funkcjonariuszy. A to był, rzecz jasna, zaledwie ułamek spraw podjętych, które z kolei stanowiły jakiś niewielki odprysk wszystkich, zwykle ignorowanych, przypadków maltretowania…

Przeprowadzanie staruszek na ulicę? Nie z tym kojarzyli się polscy policjanci osobom, które na własnej skórze zaznali obowiązujących „metod śledczych”.

Policjanci, którym udowodniono rażące przekroczenie uprawnień, nie musieli się zresztą obawiać surowej kary. W 1923 roku tylko niespełna pięćdziesięciu wydalono ze służby za pobicie. Inni trafili na parę dni do aresztu albo otrzymali nagany. A potem wracali do pracy i do tych samych, ugruntowanych nawyków.

Tak było chociażby w przypadku posterunkowego ze Zbaraża, który we wspomnianym roku pobił dwóch żydowskich chłopców („rzemieniem przez mokry ręcznik”, żeby nie było śladów), dostał pięciodniową karę aresztu, po czym… znowu założył mundur i znowu pobił innego chłopaka.

„Przypiekali ciało rozgrzanym żelazem”

Gdy dochodziło do najbardziej bulwersujących, niemożliwych do ukrycia aktów bestialstwa, policyjni propagandyści posypywali głowy popiołem, ale też z miejsca… zachęcali do wstrzemięźliwości.

W kwietniu 1922 roku — dokładnie wtedy, gdy toczyła się sprawa Paśników — doniesiono o historii trzech posterunkowych z Ożarowa, którzy znęcali się nad oskarżonymi, „przypiekając ciało rozpalonym żelazem, łamiąc ręce, a gdy i to nie pomogło — wieszając ich na drzwiach za ręce i nogi”. Sprawa wyszła na jaw, bo jeden z przesłuchiwanych zmarł.


Reklama


„Gazeta Administracji i Policji Państwowej” podkreśliła, że to przypadek karygodny, ale zarazem… że nie można go uznawać za jakikolwiek „przyczynek” do tego, jakie stosunki panują w policji, ani pretekst do podjęcia dyskusji o tym, w jaki sposób wyciąga się zeznania z aresztantów.

„W teorii opinia publiczna te metody potępia”

Prasa była innego zdania. Lewicowy „Robotnik” wkrótce ostrzeże, że do pracy w sądach wraca coraz więcej dawnych sędziów śledczych: tych, którzy przysposabiali się do zawodu za czasów caratu i byli przyzwyczajeni łamać ludzi, jeśli ci ośmielali się obstawać przy swej niewinności. A szef MSW będzie zmuszony tłumaczyć, że może i oskarżenia się mnożą, ale większość z nich bazuje na „denuncjacjach anonimowych”…

W swojej najnowsze książce Seryjni mordercy II RP Kamil Janicki demaskuje mroczne oblicze przedwojennej Polski (Wydawnictwo Literackie 2020).
O ciemnych stronach przedwojennego wymiaru sprawiedliwości piszę szeroko w swojej książce: Seryjni mordercy II RP (Wydawnictwo Literackie 2020).

Czy także Szczepana Paśnika pobito przy przesłuchaniu, by wyciągnąć z niego jak najszersze i najpełniejsze przyznanie się do winy? Policjanci prowadzący sprawę, przodownik Sikorski i wywiadowca Bednarek, rzecz jasna zaprzeczyli. Ale przecież zaprzeczano zawsze. I o ile jeszcze w sprawach politycznych nadużycia budziły zgorszenie, o tyle w kryminalnych przyjmowano za rzecz zwyczajną, że podejrzanego trzeba nieco przetrzepać, by puścił farbę.

„W teorii opinia publiczna te metody potępia” — tłumaczył tygodnik „Świat” w komentarzu do procesu Paśników. — „W praktyce toleruje. Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że w naszym urzędzie policji śledczej badanie obwinionych i podejrzanych odbywa się w sposób nazbyt przypominający tradycje rosyjskie”.


Reklama


„Nie ma lepszego sposobu”

Nawet policjantom, choć rzecz jasna nieoficjalnie, zdarzało się potwierdzać, że biją, bo „przy obecnym zdziczeniu obyczajów” nie mają innego wyjścia. A społeczeństwo? „Ogół, przesycony nienawiścią do bandytów i zbójców, przymyka oczy, udając, że o niczym nie wie”.

Fakt, że mordercę pokroju Szczepana Paśnika w razie potrzeby duszono, podwieszano lub przypalano, niemal nikomu nie spędzał snu z powiek. A nawet jeśli paru dziennikarzy — jak ten z redakcji „Świata” — pytało, czy sadyzm organów śledczych „licuje z ideałami nowej, wolnej Polski”, to właściwie nigdy nie dociekano rzeczy nawet ważniejszej.

Warszawscy policjanci odpoczywają po nocnym dyżurze. Fotografia z 1925 roku.

Czy wymuszonym zeznaniom można było w pełni wierzyć? Panowało powszechne przekonanie, że „nie ma lepszego sposobu” na szybkie i łatwe wydobycie prawdy „niż tortury”. I także w przypadku oskarżonych Szczepana i Józefy sąd nieszczególnie przejął się odwołaniem wcześniejszych zeznań.

Historię okrutnych zbrodni i pełnego amatorszczyzny pościgu za pierwszym seryjnym mordercą przedwojennej Polsce opisałem ze szczegółami w mojej najnowszej książce. Kliknij, aby dowiedzieć się o niej więcej.

Bibliografia

  • Litwiński R., Litwiński R., Korpus policji w II Rzeczypospolitej. Służba i życie prywatne, Lublin 2010.
  • Prasa codzienna i tygodniowa: „Chwila”, 1922; „Dziennik Wileński”, 1926; „Kurjer Poznański”, 1939; „Kurjer Warszawski”, 1924; „Robotnik”, 1923, 1926; „Świat”, 1922.
  • Prasa specjalistyczna: „Gazeta Policji Państwowej”/”Gazeta Policji Państwowej i Administracji”, 1922, 1924; „Gazeta Sądowa Warszawska”, 1919; „Przegląd Policyjny”, 1939.

Najgorsi mordercy przedwojennej Polski. Kryminalne tajemnice i nierozliczone zbrodnie

Autor
Kamil Janicki
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.