Dlaczego Amerykanie przegrali wojnę w Wietnamie? To te czynniki zdecydowały o klęsce

Strona główna » Historia najnowsza » Dlaczego Amerykanie przegrali wojnę w Wietnamie? To te czynniki zdecydowały o klęsce

W trakcie wojny w Wietnamie zginęło 58 tysięcy amerykańskich żołnierzy, a blisko 155 tysięcy zostało rannych. Cała operacja kosztowała zaś 150 miliardów dolarów. Ogromny wysiłek okazał się jednak daremny. Dlaczego tak się stało?

W szerszym oglądzie zaangażowanie Amerykanów w Wietnamie od samego początku oparte było na niewłaściwych przesłankach: zamiast kierować się interesem narodu wietnamskiego, amerykańscy decydenci brali pod uwagę głównie wymogi własnej polityki wewnętrznej i zagranicznej, w tym nadrzędny imperatyw powstrzymywania Chin.


Reklama


Słabość rządu w Sajgonie

Podejmowane przez kolejne administracje decyzje o eskalowaniu konfliktu wzbudzają w oczach potomności zdumienie i wydają się niezrozumiałe, ponieważ wszyscy ówcześni gracze polityczni musieli zdawać sobie sprawę ze słabości rządu w Sajgonie, który miał przecież służyć jako swoista wietnamska fasada dla wznoszonego przez Amerykanów wciąż rosnącego gmachu militarnego.

W roku 1965 Szefowie Sztabów przestrzegali [sekretarza obrony Roberta] McNamarę przed „brakiem jakiejkolwiek realnej struktury polityczno-ekonomicznej (…) [brakiem] stabilności rządów entralnych, niskim stanem morale w kręgach przywódczych i słabo wyszkolonym personelem służby cywilnej” — i dodawali: „Rozwiązanie tych problemów, na płaszczyźnie głównie politycznej, ma kluczowe znaczenie dla ostatecznego zdławienia partyzantki”.

Sekretarz obrony Robert McNamara na zdjęciu z 1961 roku (domena publiczna).
Sekretarz obrony Robert McNamara na zdjęciu z 1961 roku (domena publiczna).

Mimo podobnych przestróg amerykańscy przywódcy wciąż łudzili się, że wszystkie takie złożone kwestie da się rozwiązać, stosując jeszcze większą siłę militarną, jak gdyby opielenie grządki kwiatów możliwe było za pomocą miotacza ognia.

Wojskowi ponoszą tylko częściową winę

A ponieważ przyczyn ostatecznej porażki Stanów Zjednoczonych w Wietnamie należy upatrywać właśnie tutaj, za kolejne niepowodzenia na polu bitwy nie warto obarczać zbyt wielką winą samych wojskowych, mimo że niektórzy z nich z pewnością nie okryli się tam chwałą.

W roku 1964 William Westmoreland cieszył się z otrzymania najważniejszego polowego stanowiska dowódczego nadanego jakiemukolwiek amerykańskiemu wojskowemu po rozejmie w Korei. Ale już cztery lata później, kiedy wracał do kraju, przeklinał zapewne swój los, doznawszy życiowego upokorzenia, gdy przez cały swój naród został uznany za nieudacznika i słabeusza.

David Elliott zauważa całkiem słusznie: „Tej wojny nigdy nie dało się toczyć w sposób sprytny i przebiegły”. Generał James Gavin należał do tych wojskowych, którzy już od samego początku przestrzegali:


Reklama


Jeśli o jakąś wioskę walki toczą się pięć albo sześć razy, to zginie w niej mnóstwo cywilów. Zmieni się całe ich życie (…). A w miarę jak wojna będzie się przeciągać, zaczniemy własnymi rękami niszczyć to, o co zamierzaliśmy walczyć.

Gospodarka i kultura

Pomijając już nawet niedostrzeganie tego rodzaju oczywistych konsekwencji, amerykańscy decydenci nie potrafili również przewidzieć, jak wielki wpływ na gospodarkę i kulturę chłopskiego społeczeństwa w odległej Azji będzie miała przysłana tam olbrzymia armia zagranicznych żołnierzy.

Artykuł stanowi fragment książki Maxa Hastingsa pt. Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975 (Wydawnictwo Literackie 2021).
Artykuł stanowi fragment książki Maxa Hastingsa pt. Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975 (Wydawnictwo Literackie 2021).

Wietnamska sekretarka pracująca w biurze USAID [Amerykańskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego] zarabiała więcej od pułkownika ARVN [Armii Republiki Wietnamu Południowego]. Buldożery i blaszane baraki, anteny i pojazdy opancerzone, wieżyczki strażnicze, worki z piaskiem, kilometry drutów kolczastych — cała ta infrastruktura zdemolowała krajobraz na długo przed tym, zanim do akcji wkroczyły plujące ogniem działa, rażące pociskami z powietrza helikoptery czy silni i zwaliści żołnierze kupujący sobie seksualne względy drobnych miejscowych kobiet.

Wietnam nie był zresztą wcale odosobnionym przypadkiem, jako że podobnie rzecz się miała z wszystkimi interwencjami militarnymi krajów zachodnich w odległych miejscach globu, niezależnie od szlachetnych intencji, które za nimi stały.


Reklama


Komuniści od samego początku dysponowali olbrzymią przewagą propagandową, ponieważ w odróżnieniu od swoich wrogów przez większość czasu pozostawali właściwie niezauważalni dla zwykłych ludzi.

Komunistyczny terror

Stąpali po dobrze sobie znanej ziemi lekko i cicho, podczas gdy Amerykanie przetaczali się przez nią niczym jakieś gigantyczne stwory rodem z filmów science fiction — do których zresztą wykształceni Wietnamczycy z lubością ich porównywali — naruszając spokój mieszkańców i niszcząc wszystkie delikatne struktury napotykane na swojej drodze.

Partyzanci z Wietkongu na zdjęciu z 1966 roku (domena publiczna).
Partyzanci z Wietkongu na zdjęciu z 1966 roku (domena publiczna).

Nawet w XXI wieku zachodni dowódcy wojskowi wciąż zdają się nie rozumieć, jakim szaleństwem jest posyłanie swoich żołnierzy do „walki w imię zwykłych ludzi”, gdy noszą oni wielkie przyciemniane okulary, hełmy i kamizelki kuloodporne, nadające im wygląd niemalże robotów wysłanych do zabijania, których nie sposób polubić, a nawet rozpoznać w nich bliźnich takich samych jak my.

Zarówno na Północy, jak i na Południu, wszędzie, gdzie tylko pojawili się komuniści, szerzyli oni terror i odbierali ludziom wolność osobistą. Wbrew ogromnemu uwielbieniu, jakim zachodnia lewica darzyła Ho Chi Minha i Le Duana, dzierżyli oni stery nieludzkiego reżimu o charakterze wybitnie totalitarnym.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

A mimo to ich mandat do rządzenia wciąż wydawał się bardziej wiarygodny od pretensji zgłaszanych przez drugą stronę sporu. W większości społeczeństw, w tym również w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych, mieszkańcy terenów wiejskich darzą instynktowną nieufnością swoje metropolitalne elity.

Takie antagonizmy były szczególnie ostro zarysowane w Wietnamie Południowym, w którym Sajgon postrzegano jako uosobienie francuskiej kultury kolonialnej, a nie własnych wzorców cywilizacyjnych.


Reklama


Tylko nielicznych ludzi interesowały szczegóły teorii marksistowsko-leninowskich, za to wielu z nich dało się zwieść obietnicom reformy rolnej, która zdjęłaby z nich nieznośne jarzmo właścicieli ziemskich i pożyczkodawców, a także hasłom wprowadzenia rządów Wietnamczyków w interesie Wietnamczyków oraz przegnania precz cudzoziemców.

„Nie ma żadnej nadziei. Prędzej czy później przegramy”

Południowiec Chau Phat powiedział: „Komuniści potrafili nam bezustannie przypominać o tym, jak upokarzającą sprawą jest bycie pod czyjąś okupacją”. Jego ojciec, pochodzący z Północy, od samego początku wojny powtarzał mu: „Nie ma żadnej nadziei. Prędzej czy później przegramy”. Jego syn skomentował to następująco: „On potrafił świetnie czytać w ludzkich umysłach i rozumiał, że to druga strona przyznała sobie monopol na patriotyzm”.

Amerykańscy żołnierze w Wietnamie. Zdjęcie z 1966 roku (domena publiczna).
Amerykańscy żołnierze w Wietnamie. Zdjęcie z 1966 roku (domena publiczna).

Truong Nhu Tang z TRR [Tymczasowego Rządu Rewolucyjnego] z pogardą wyrażał się o łatwości, z jaką komuniści manipulowali zachodnią opinią publiczną, mówiąc:

Nam nie tyle chodziło o zdobywanie zwolenników, ile o szukanie oponentów wobec reżimów amerykańskiego i sajgońskiego (…). Ale nie tylko opinia publiczna w Wietnamie Południowym i w Ameryce była konsekwentnie okłamywana przez komunistów. Nawet ci z nas, którzy żyli w dżungli, poświęcali się i walczyli (…) stali się ostatecznie ich ofiarami.


Reklama


Wietnamczycy z Północy wciąż otrzymywali dostawy gotówki i broni od swoich sowieckich i chińskich popleczników, tyle że ludzie na Południu nigdy nie widzieli tych zagranicznych sponsorów, za to często mieli okazję oglądać swoich komunistycznych rodaków w oczywisty sposób pozbawionych jakichkolwiek dóbr materialnych, z drugiej zaś strony na co dzień przychodziło im obserwować bezwstydne gromadzenie majątków przez amerykańskich sługusów z Sajgonu.

Nawet najmniej rozgarnięci chłopi rozumieli w tej sytuacji, że ludzie rządzący Południem, niezależnie od tego, czy noszą mundury, czy smokingi, nie śmieliby samodzielnie nawet wstać rano z łóżka bez uprzedniego spytania swoich „długonosych” panów, którą nogą mają to zrobić.

Brak wiarygodnych ludzi na miejscu

Tylko nieliczni Amerykanie dostrzegali jednak, jak wielkie szkody dla promowanej przez nich sprawy pociąga za sobą takie ostentacyjne obnoszenie się ze swoją dominacją.

Wiktoria komunistów wynikała w mniejszym stopniu z militarnych osiągnięć AWP [Armii Wietnamu Północnego] i Wietkongu, w większym zaś z faktu, że byli oni Wietnamczykami. Hanoi notorycznie kłamało w wielu różnych sprawach, ale w jednej od początku mówiło prawdę: przywódcy reżimu w Sajgonie zawsze byli jedynie marionetkami.

Żołnierze Armii Wietnamu  Północnego. Propagandowe zdjęcie z około 1967 roku (domena publiczna).
Żołnierze Armii Wietnamu Północnego. Propagandowe zdjęcie z około 1967 roku (domena publiczna).

Słyszy się czasami, że brak paraleli między wojną w Wietnamie a zmaganiami Zachodu w krajach takich jak Irak czy Afganistan w XXI wieku. A przecież jest całkiem oczywiste, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy wciąż mają trudności z przekuciem sukcesów odnoszonych na polu walki w rozsądną i umiejętną politykę.

Doskonały amerykański oficer, generał broni H.R. McMaster, opisał pewnego razu swoje doświadczenia i osiągnięcia w dowodzeniu pułkiem kawalerii pancernej w Iraku w latach 2004–2005. Jego konkluzje okazały się dość ponure: „Problem polegał na tym, że nie było tam nikogo, z kim moglibyśmy połączyć siły”. Neil Sheehan z kolei powiedział: „W Wietnamie Południowym również nigdy nie było nikogo, z kim można by połączyć siły”.


Reklama


Przy braku wiarygodnych ludzi na miejscu zwycięstwa w kolejnych potyczkach były i już na zawsze musiały pozostać niewiele znaczące. Ze wszystkich uczestników wojny w Wietnamie jedynie komuniści potrafili prowadzić spójną walkę polityczną i militarną.

Należało lepiej zwalczać nadużyci

Skoro jednak tej wojny nie dało się wygrać na polu bitwy, to Stany Zjednoczone mogły przynajmniej bardziej się postarać, by ograniczyć wszelkie nadużycia swoich sił zbrojnych, za przyczyną których ich wizerunek narodu niosącego w świat wartości cywilizacyjne wciąż doznawał kolejnych, coraz trudniejszych do naprawienia szkód.

Artykuł stanowi fragment książki Maxa Hastingsa pt. Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975 (Wydawnictwo Literackie 2021).
Artykuł stanowi fragment książki Maxa Hastingsa pt. Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975 (Wydawnictwo Literackie 2021).

Częste przeświadczenie, że zwykli amerykańscy chłopcy wysyłani do walki za granicą w dalszym ciągu pozostawali przyzwoitymi chłopakami z sąsiedztwa, było tylko złudzeniem. Niektórzy i owszem, ale już inni — niekoniecznie. Żołnierzy szkoli się do tego, by zabijali.

W warunkach polowych prowadzą oni ponadto życie na wpół zwierzęce, które przytępia w nich wszelką wrażliwość. Wielu z nich przestaje wtedy cenić życie przypadkowych ludzi, których przecież nawet nie zna, zwłaszcza wówczas, gdy po ich stronie straty wciąż tylko rosną.


Reklama


W Wietnamie trepy niejednokrotnie buntowały się przeciwko regulaminowi RoE [Rules of Engagement, zasady angażowania się], mającemu na celu ograniczenie strat wśród cywilów. Jeden z nich tak oto protestował w obecności Michaela Herra: „Przecież ta wojna staje się coraz bardziej popieprzona (…). To znaczy, jeśli nie wolno nam strzelać do tych ludzi, to co my tu w ogóle robimy?”

Nie jest łatwo zapanować nad zachowaniem młodych ludzi, do których dyspozycji oddało się wcześniej śmiercionośną broń, a którzy — podobnie jak większość żołnierzy przez większość czasu — zmagali się a to z upałem, a to z zimnem, a to z głodem, a to z brudem, a to z pragnieniem, a to z biegunką albo zaparciem, a to z samotnością, a to ze zmęczeniem, a to z niedoinformowaniem, a już szczególnie trudno było im wyperswadować trzymanie nerwów na wodzy i zdejmowanie palców ze spustów, skoro był to dla nich najpewniejszy sposób utrzymania się przy życiu.

Zbrodnie wojenne

Doświadczenia Sowietów i nazistów sugerują, że bezwzględni okupanci są w stanie zdławić wszelki opór przy użyciu nagiej siły. Tyle że w Wietnamie armia amerykańska okazała się wystarczająco uciążliwa i przejawiała dość pogardy rasowej — a przy tym raz na jakiś czas raziła morderczymi skłonnościami — by zasłużyć sobie na wrogość miejscowej ludności, a zarazem nie była aż tak okrutna, by odwieść wielu chłopów od wspierania komunistów.

Amerykanie spalili na tyle dużo wietnamskich wiosek, że udało im się wzbudzić oburzenie światowej opinii publicznej, a jednocześnie na tyle mało, że miejscowa ludność i tak nie przestała udzielać schronienia partyzantom.

Kobiety i dzieci w My Lai. Zdjęcie wykonane przed masakrą (Ronald L. Haeberle/domena publiczna).

Równie przerażająca była gotowość ich rodaków do przechodzenia do porządku dziennego nad okropnościami takimi jak masakra w My Lai czy inne jej podobne: sondaż opinii publicznej przeprowadzony w roku 1969 przez magazyn „Time” wykazał, że aż 69 procent Amerykanów podpisałoby się pod stwierdzeniem „Takie rzeczy zawsze zdarzają się podczas wojny”.

Tymczasem miara dojrzałości danego społeczeństwa nie zależy od tego, czy jego żołnierze raz na jakiś czas wykazują skłonność do popełniania okrutnych czynów, lecz zasadza się na tym, czy istnieje na nie społeczne i instytucjonalne przyzwolenie, jak miało to miejsce w przypadku armii Hitlera czy też walczących w czasie II wojny światowej wojsk rosyjskich albo japońskich. Żaden z tych przykładów nie powinien chyba jednak służyć za wzór współczesnej zachodniej demokracji.


Reklama


Ekscesy, do których dochodziło z winy sił amerykańskich w Wietnamie, nie były wprawdzie żadną miarą zjawiskiem powszechnym, ale też zdarzały się wystarczająco często, by uświadomić samym Wietnamczykom, że w oczach wielu umundurowanych Amerykanów są istotami podrzędnymi, a ich życie warte jest znacznie mniej od życia „dłogonosych”.

Źródło

Artykuł stanowi fragment książki Maxa Hastingsa pt. Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975. Jej polska edycja ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Najpełniejszy obraz wojny w Wietnamie

Tytuł, lead, teksty w nawiasach kwadratowych oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. W celu zachowania jednolitości tekstu usunięto przypisy, znajdujące się w wersji książkowej.Tekst został poddany podstawowej obróbce korektorskiej.

Autor
Max Hastings
6 komentarzy

 

Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka toŚredniowiecze w liczbach (2024).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.