Marianna Rogoż. Wstrząsające wspomnienia pielęgniarki ze szpitala PCK w Auschwitz

Wcześniej pracowały w szpitalach frontowych. Nie były jednak w stanie wyobrazić sobie niczego gorszego niż to, co ukazało się ich oczom w wyzwolonym obozie Auschwitz. Niektóre już pierwszego dnia chciały uciec. Dlaczego?

Marianna Rogoż była jedną z kobiet, które na ochotnika zgłosiły się do pracy w szpitalu PCK utworzonym na terenie wyzwolonego obozu Auschwitz. Tak jak jej koleżanki nie spodziewała się, że po potwornościach, które przeżyła w czasie wojny, coś może ją jeszcze zaskoczyć. Opieka nad więźniami okazała się jednak trudniejsza od wszystkiego, czego wcześniej doświadczyła.


Poniższy fragment, opisujący jej wrażenia z pierwszych dni pracy, pochodzi z książki Szymona Nowaka Lekarz z Auschwitz. Jest to beletryzowana biografia doktora Józefa Bellerta, organizatora i kierownika szpitala. Wydarzenia zostały przedstawione w formie fabularnej, ale zostały oparte o prawdziwe wspomnienia personelu.

Pierwszy dzień siostry Rogoż

Marianna Rogoż stała prawie na baczność przed naczelnym lekarzem, doktorem Bellertem, i przełożoną pielęgniarek Genowefą Przybysz – słuchała ich ostatnich wskazówek. Do szpitala PCK w Oświęcimiu przyjechała pod koniec lutego [1945 roku], w kolejnej turze personelu ochotniczego.

Dzieci wyzwolone w Auschwitz (domena publiczna).

Na odprawie przed pracą, na pytanie o swoje doświadczenia, nieśmiało wybąkała, że przed wojną była zaledwie higienistką w harcerskiej placówce w Sromowcach Wyżnych w Pieninach. Mimo to zaliczono ją od razu do grona pielęgniarek i przydzielono salę chorych do samodzielnego dyżuru.

Natomiast prawdopodobnie dlatego, że była tylko higienistką, przełożeni nadzwyczaj starannie i długo objaśniali jej rodzaj pracy i obowiązki, kładąc nacisk na odpowiednie dozowanie lekarstw i żywności oraz pozbywanie się ciał zmarłych na jej zmianie. Ze zrozumieniem potakiwała głową, ale z niecierpliwością czekała już na koniec zbyt długiej tyrady.

Przeczytaj też: Potworny los kobiet w Auschwitz. W obozie umierały dwa razy szybciej od mężczyzn

Blok numer 13

Wreszcie doktor Bellert skończył mówić, a przełożona Przybyszowa osobiście odprowadziła ją do bloku. 24-letnia Marianna spojrzała na numer budynku i od razu poczuła się nieswojo. Co prawda nie dawała wiary jakimś tam przesądom i zabobonom, ale numer 13 jednak nie wróżył niczego dobrego.

Jeszcze przed wejściem przełożona życzyła jej powodzenia, pożegnała się, odwróciła na pięcie i szybko pomaszerowała do swoich obowiązków. Marianna sama weszła do środka, a kiedy zamknęła za sobą drzwi, znalazła się w całkiem innym świecie.


Na początku musiała zameldować się blokowej – sowieckiej pielęgniarce Marusi, która z wyższością patrzyła na wszystkie pracujące w jej budynku Polki. Nie obyło się bez uszczypliwych uwag na temat umiejętności polskich lekarzy i pielęgniarek, a skończyło na osobistych animozjach względem przestraszonej już na dobre dziewczyny.

Te uszczypliwości to były w sumie drobiazgi – a to, że fartuch ma nieuprasowany, a to, że nie ma własnego termometru, a to, że jej doświadczenie higienistki można sobie w buty wsadzić – mimo to mocno zdeprymowały świeżo upieczoną ochotniczkę.

Tekst stanowi fragment książki  Szymona Nowaka Lekarz z Auschwitz (Wydawnictwo Fronda – Zona Zero 2020).

80 podopiecznych

Dopiero w ostatnich słowach ostrego monologu Marusia przekazała Polce uwagi dotyczące jej bloku: otóż w budynku nr 13 znajdowało się około 200 chorych byłych więźniów. W salach na parterze leżały kobiety, a na piętrze mężczyźni. Jedną salą na parterze z 80 kobietami miała opiekować się w czasie swojego dyżuru Marianna.

Gdy po raz pierwszy otworzyła drzwi i weszła na swoją salę, mimowolnie musiała się cofnąć. Ostry zapach dymu z piecyka, przypalanej żywności i ludzkich odchodów, sprawiły, że dziewczyna z powrotem znalazła się na korytarzu.

Przeczytaj też: Bili prętami, przypalali ciała, razili prądem. Tak Niemcy torturowali Polaków w więzieniu na Pawiaku

Wtedy zobaczyła uśmiechającą się ironicznie Marusię, która odprowadziła do pracy swoją nową pielęgniarkę i specjalnie poczekała na jej pierwszą reakcję. Widząc kpiący wzrok blokowej i jej szyderczy uśmiech, Marianna zacisnęła zęby, nabrała w płuca powietrza, zrobiła ostatni normalny oddech i po raz drugi przekroczyła próg sali.

Kilka łyżek zupy

Pierwsze wrażenie było okropne. Do ostrego, nieprzyjemnego zapachu należało jeszcze dodać wstrząsający widok. Skrajnie wycieńczeni chorzy w większości leżeli na piętrowych pryczach, czekając na pomoc. Tylko nieliczni mogli zwlec się ze swoich legowisk.


Ci ostatni obstąpili piecyk i przypiekali na nim kawałki chleba i inną żywność. Zanim Marianna przywykła do widoku swoich podopiecznych i wdrożyła się w nowe obowiązki, na korytarzu zrobił się ruch i ktoś krzyknął, że wydawany jest posiłek.

Faktycznie, po izbach roznoszono w kociołkach zupę uwarzoną z przecieranych kartofli. Tylko taką „dietetyczną” potrawę można było zapewnić z sowieckich kuchni polowych.

Wejście do obozu w 1945 roku (fot. Bundesarchiv, Stanislaw Mucha / CC-BY-SA 3.0).

Mając w pamięci uwagi dr. Bellerta i siostry Przybyszowej, Marianna Rogoż osobiście wydawała posiłek swoim chorym. Tym będącym na chodzie – po jednej czwartej menażki lub miski, tym skrajnie wyczerpanym – zaledwie po kilka łyżek zupy.

Jedzenie ukryte w siennikach

Przez cały dzień Marianna wykonywała normalne czynności – myła chorych, poprawiała im posłanie i zmieniała pościel, którą najczęściej stanowiły koce. Te najbardziej zanieczyszczone ekskrementami wyrzucała na zewnątrz, a przynosiła nowe, czyste, pochodzące jeszcze z dobrze zaopatrzonych niemieckich magazynów.


To podczas tej czynności zauważyła, że wielu byłych więźniów w siennikach ukrywa resztki jedzenia, np. kawałki chleba. Nie pomagały tłumaczenia, że głód już im nie grozi. Przeżyty obozowy koszmar i skrzywienie psychiczne powodowały, że chorzy cały czas gromadzili żywność i chowali ją w najróżniejszych zakamarkach na wypadek głodu.

Oprócz tego polska pielęgniarka dozowała swoim podopiecznym lekarstwa doustne, dożylne i domięśniowe. Okazało się przy tym, że wielkim problemem są zastrzyki, ponieważ byli więźniowie jak ognia bali się szczepień. Ci bardziej opanowani z nieukrywanym strachem w oczach pytali: A co to jest? A do czego to służy?

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Potworne wspomnienia

Inni byli tak potwornie przerażeni, że gotowi byli porwać i potłuc strzykawkę albo uciec w jak najdalszy kąt pokoju, byle tylko nie dostać zastrzyku. A przecież podawano im niezbędne dla nich lekarstwo.

Miesiące niewoli i zwierzęcego upodlenia zrobiły swoje. W niemieckim obozie złe wieści rozchodziły się szybko – wkrótce wszyscy więźniowie wiedzieli, że jednym z głównych sposobów uśmiercania ludzi przez Niemców w obozach koncentracyjnych było podawanie im trucizny (fenolu) właśnie w zastrzykach.

Pielęgniarka z okresu II wojny światowej. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

Kolejną uciążliwością dla świeżo upieczonej pielęgniarki była powszechnie występująca wśród chorych biegunka głodowa (z niem. durchfall). Będąca sama na nocnym dyżurze Marianna nie miała nikogo do pomocy. Musiała sama obsłużyć swoich 80 podopiecznych.

Zdarzało się, że w środku nocy, wykorzystując chwilę spokoju, usiadła gdzieś na krześle na korytarzu przy otwartych drzwiach sali. Nie miała jednak żadnych szans na zmrużenie oczu – za moment z najróżniejszych zakątków pokoju dawało się słyszeć słabe, pełne cierpienia głosy: Schwester! Schieber! Schwester! Schieber! (siostro, basen).


Jedenaście ciał

Najgorsza jednak była śmierć pacjentów. Podczas jej pierwszego nocnego dyżuru z 80 chorych na jej sali kobiet zmarło aż jedenaście. Po stwierdzeniu zgonu, z niemałym wysiłkiem Marianna musiała ściągnąć czasami ciepłe jeszcze ciała z łóżka na przygotowany pod spodem koc.

Kiedy nieboszczyk znalazł się już na kocu rozłożonym na podłodze – to był właściwie dopiero początek wysiłku. Prawdziwym wyzwaniem było wytaszczenie zwłok na korytarz. Drobna dziewczyna zapierała się nogami i pracując z całych sił, po troszeczku posuwała się do przodu, pociągając za sobą koc ze zmarłym.

Tekst stanowi fragment książki  Szymona Nowaka Lekarz z Auschwitz (Wydawnictwo Fronda – Zona Zero 2020).

Były momenty, kiedy spocona i całkowicie wyzuta z sił opadała na podłogę, aby choć przez parę sekund odpocząć. Kiedy po dłuższej chwili podejmowała wysiłek, zdarzało się, że koc zaczepiał o jakieś wystające drewniane drzazgi pryczy albo zmarły nie chciał zmieścić się w wąskich przejściach pomiędzy gęsto ustawionymi łóżkami.

Musiała wtedy sama, bez żadnej pomocy, niemało się naszarpać, aby ściągnąć nieboszczyków z łóżka i wytargać na korytarz. Dopiero rano przychodzili sanitariusze i zabierali zwłoki z bloku, dziwiąc się, że aż tylu chorych odeszło z tego świata w ciągu jednej nocy.

Przeczytaj także, jak doktor Józef Bellert zorganizował szpital PCK w Auschwitz. Jakie były największe wyzwania, z którymi musiał się zmierzyć?

Polecamy

Źródło

Tekst stanowi fragment książki  Szymona Nowaka Lekarz z Auschwitz (Wydawnictwo Fronda – Zona Zero 2020).

Tytuł, lead, wprowadzenie, tekst w nawiasach kwadratowych i śródtytuły pochodzą od redakcji. W celu zachowania jednolitości tekstu usunięto przypisy, znajdujące się w wersji książkowej. Tekst został poddany obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia większej liczby akapitów.

Ilustracja tytułowa: Pielęgniarka z okresu II wojny światowej. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

Autor
Szymon Nowak
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Anna Winkler

Doktor nauk społecznych, filozofka i politolożka. Zajmuje się przede wszystkim losami radykalizmu społecznego. Interesuje się historią najnowszą, historią rewolucji i historią miast, a także kobiecymi nurtami historii. Chętnie poznaje dzieje kultur pozaeuropejskich.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.