Likwidatorzy z Czarnobyla. Sowieci wysłali setki tysięcy ludzi w najniebezpieczniejsze miejsce na Ziemi

Sowieckie władze nie miały żadnych skrupułów. Do usunięcia skutków katastrofy w Czarnobylu rzucono setki tysięcy nieprzeszkolonych ludzi. Czekała na nich ciężka praca i mordercze promieniowanie.

W ówczesnej sowieckiej nomenklaturze nazywano ich „likwidatorami” […]. Niektórych określano mianem „biorobotów”, bo za zadanie mieli uprzątnąć promieniotwórcze szczątki z terenu elektrowni. Blisko sześćset tysięcy mężczyzn i kobiet zmobilizowano do przyjazdu do Czarnobyla za pośrednictwem aparatu partyjnego, ministerstw i instytucji oraz przede wszystkim poprzez system rezerwy sowieckiej armii.


Wystarczy jeden telefon

Autorytarny sowiecki reżim, nieudolny w zapewnieniu bezpieczeństwa w energetyce jądrowej, okazał się wyjątkowo sprawny w mobilizacji zasobów w celu uporania się z następstwami katastrofy. „Wszystko przebiega w zorganizowany sposób: jeden telefon i decyzja zostaje podjęta” – powiedział Wielichow korespondentom „Prawdy”. 

„Wcześniej potrzeba było miesięcy, żeby dojść do porozumienia, teraz jednak jedna noc wystarczy, żeby rozwiązać praktycznie każdy problem. Nie ma nikogo, kto nie zechciałby pracować. Wszyscy robią to bezinteresownie” – ciągnął Legasow w ogólnokrajowej telewizji, wychwalając nowe reguły gry, które nie ograniczały już uczonych i inżynierów biurokracją oraz koniecznością bezustannego uzyskiwania urzędniczych pozwoleń.

Walerij Legasow z komisji  zajmującej się ustalaniem przyczyn katastrofy w Czarnobylu zachwalał poświęcenie likwidatorów (IAEA Imagebank/CC BY-SA 2.0).
Walerij Legasow z komisji zajmującej się ustalaniem przyczyn katastrofy w Czarnobylu zachwalał poświęcenie likwidatorów (IAEA Imagebank/CC BY-SA 2.0).

Żeby zażegnać kolejną, potencjalnie o wiele bardziej śmiercionośną katastrofę, decyzje trzeba było podejmować i wdrażać szybko. Wszyscy to rozumieli. „Nigdy nie pracowano tak dokładnie jak wtedy” – wspominał Boris Kaczura, sekretarz Komitetu Centralnego KPU kierujący działaniami związanymi czarnobylską katastrofą.

Ludzi  i  zasoby  ściągano  z  całego  Związku  Sowieckiego.  Chociaż centrum logistyczne działań likwidacyjnych znajdowało się na Ukrainie, centralizacja gospodarki nakazowej w Moskwie umożliwiła sprowadzanie zasobów z całego kraju. Gazety pisały o bohaterstwie strażaków i sukcesach w gaszeniu płonącego źródła promieniowania.

Przeczytaj też: Czarnobyla można było uniknąć. Pierwotnie w elektrowni zamierzano użyć dużo bezpieczniejszego reaktora

Wysławiały również okrzyczaną sowiecką „przyjaźń narodów”. „Mamy  jedną  świętą  zasadę  –  napisała  »Prawda«,  cytując  jednego z  pierwszych  likwidatorów,  Dmitrija  Żurawlowa,  który  pomagał w położeniu mostu pontonowego przez rzekę Prypeć. – Świętą zasadę braterstwa. Specjaliści, którzy przybyli tu z Białorusi, pracują z nami ramię w ramię. W centrum miasta spotkałem ludzi z Moskwy, Leningradu i innych miast naszej Ojczyzny. Oni wszyscy chcą pomóc Ukrainie jak najszybciej uporać się ze skutkami katastrofy, która się tutaj wydarzyła”

Niemal nieograniczone zasoby ludzkie

Chociaż uczeni nie zawsze wiedzieli, co robić, wyglądało na to, że nie brak ludzi, których można było wysłać w najbardziej niebezpieczne miejsce na ziemi. Zasoby ludzkie stanowiły coś, co Związek Sowiecki mógł zmobilizować w niemal nieograniczonych ilościach.


Pierwszymi, których posłano w oko nuklearnego cyklonu, byli żołnierze. Strażacy, którzy gasili promieniotwórczy pożar, byli na służbie i należeli do oddziałów bezpieczeństwa wewnętrznego (przeczytaj co zobaczyli po dotarcie na miejsce katastrofy).

Piloci śmigłowców byli żołnierzami sowieckich sił powietrznych, a oficerowie i żołnierze oddziałów chemicznych wchodzili w skład wojsk lądowych Związku Sowieckiego. W tej ostatniej kategorii absolutną większość stanowili żołnierze z poboru, chłopcy w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat.

Tekst stanowi fragment książki Serhia Plokhy’ego pod tytułem "Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy" (Znak Horyzont 2019).
Tekst stanowi fragment książki Serhia Plokhy’ego pod tytułem Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy (Znak Horyzont 2019).

Praktyka wykorzystywania wojskowych – w szczególności rekrutów – do realizacji niebezpiecznych zadań w przemyśle jądrowym rozpoczęła się u zarania sowieckiego programu nuklearnego. Żołnierzy posyłano do wykonania najbardziej ryzykownych operacji po tym, jak naukowcy, inżynierowie i wykwalifikowani robotnicy otrzymali maksymalne dopuszczalne dawki promieniowania.

Ci ostatni byli potrzebni do kierowania programem i jego realizacji, natomiast tych pierwszych można było poświęcić. Ponieważ reżim nie ufał więźniom łagrów, w roli pierwszych „biorobotów” wystąpili żołnierze. Szczególnie narażeni na takie wykorzystywanie byli rekruci z republik środkowoazjatyckich, którzy znali język rosyjski w ograniczonym zakresie i którym brakowało świadomości zagrożeń istniejących w energetyce jądrowej.

Przeczytaj też: Jedyny polityk, który nie zbagatelizował katastrofy w Czarnobylu. Dlaczego chciano wsadzić go do więzienia?

Żołnierzom kazano wykonywać zadania, dopóki nie wchłonęli dawki promieniowania wielkości czterdziestu pięciu remów, podczas gdy maksymalna dawka promieniowania dozwolona w przypadku pracowników branży wynosiła dwadzieścia pięć remów, niemal dwa razy mniej. […]

Setki tysięcy rezerwistów

Awaria w Czarnobylu przewyższyła wszystko, z czym Sowieci mieli już do czynienia lub czego się spodziewali w energetyce jądrowej. W armii szybko zabrakło żołnierzy oddziałów wojsk chemicznych przeszkolonych w dekontaminacji. Władze zdobyły się wtedy na bezprecedensowy krok, powołując rezerwistów – był to jedyny sposób mobilizacji nie tylko dużej liczby ludzi, lecz także wykwalifikowanych kadr, którymi w normalnych warunkach nie dysponowały.


Pod koniec maja [1986 roku] wszechzwiązkowy rząd nakazał, by „z uwagi na szeroki zakres zadań dekontaminacyjnych przyspieszono użycie odpowiednich oddziałów oraz pododdziałów i powołano na specjalne szkolenia na okres do sześciu miesięcy wymaganą liczbę osób podlegających obowiązkowi służby wojskowej”.

Nikt nie wiedział, ile może wynieść ta „wymagana liczba”. W sumie w likwidacji następstw czarnobylskiej awarii uczestniczyło w latach 1986–1989 blisko trzysta czterdzieści tysięcy żołnierzy, w większości rezerwistów. Co drugi likwidator był wojskowym lub rezerwistą.

Do usunięcia skutków katastrofy w Czarnobylu wykorzystano koło 600 tysięcy ludzi. Na zdjęciu maski przeciwgazowe pozostawione przez likwidatorów (victorsnk/domena publiczna)
Do usunięcia skutków katastrofy w Czarnobylu wykorzystano koło 600 tysięcy ludzi. Na zdjęciu maski przeciwgazowe pozostawione przez likwidatorów (victorsnk/domena publiczna)

Gdy w maju 1986 roku do czarnobylskiej strefy zaczęli przyjeżdżać pierwsi rezerwiści, nie istniało prawo pozwalające na użycie ich do usuwania skutków katastrof technologicznych, a to przyjęte w następnym roku umożliwiało mobilizację na co najwyżej dwa miesiące.

Obiecali wiele. Nie dali nic

Związek Sowiecki wcale nie był jednak państwem funkcjonującym na podstawie prawa. Ludzi powoływano z rezerwy i wysyłano do Czarnobyla na rozkaz komisarzy wojskowych i niektórzy z nich obiecywali rekrutom żołd pięciokrotnie wyższy od normalnej rekompensaty, a także najrozmaitsze przywileje dla nich i ich rodzin; rząd nie usankcjonował żadnej z tych obietnic.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Komisarze mieli do wykonania normy. Część rekrutów została zmobilizowana w miejscu pracy, bez szansy na kontakt z rodzinami i pożegnanie bliskich. Było to równoznaczne z sytuacją podczas wojny i chociaż niektórzy robili, co mogli, żeby uniknąć mobilizacji, to inni wstępowali w szeregi likwidatorów z obywatelskiego obowiązku.

Działania dekontaminacyjne stały się zadaniem oraz obowiązkiem wojska, więc wojsko robiło, co w jego mocy, żeby je wykonać. „W samej elektrowni oraz w obrębie trzydziestokilometrowej strefy prace dekontaminacyjne we wsiach, osadach i na drogach wzięła na swoje barki armia. Wykonała ogromną pracę” – wspominał Legasow.


Co robili likwidatorzy z Czarnobyla?

Piloci śmigłowców rozpylali ciekłą substancję nazywaną „wodzianką” po to, by radioaktywny pył przylegał do powierzchni, a oddziały wojsk chemicznych na ziemi czyściły powierzchnie budynków, a także glebę i rośliny specjalnym odkażającym roztworem. Wojska inżynieryjne burzyły i zakopywały budynki, konstrukcje i maszyny, których nie dało się uratować poprzez dekontaminację.

Wśród najbardziej znanych obiektów zakopanych przez wojsko znalazł się tak zwany Czerwony Las, sosnowy drzewostan o powierzchni dziesięciu kilometrów kwadratowych, który zrobił się czerwony pod wpływem promieniowania pochłoniętego w czasie awarii. Była to ciężka próba nie tylko w sensie fizycznym, lecz także emocjonalnym, ponieważ młodzi żołnierze wyburzali i zakopywali całe wsie opuszczone przez mieszkańców w trzydziestokilometrowej strefie zamkniętej wokół elektrowni.

Pomnik upamiętniający "Tych, którzy ocalili świat" poświęcony strażakom i likwidatorom z Czarnobyla (Jorge Franganillo/CC BY 2.0).
Pomnik upamiętniający „Tych, którzy ocalili świat” poświęcony strażakom i likwidatorom z Czarnobyla (Jorge Franganillo/CC BY 2.0).

Najbardziej znana operacja oczyszczania przeprowadzona przez wojsko odbyła się jednak na dachu hali trzeciego reaktora elektrowni. W sumie trzy tysiące oficerów, rezerwistów i kadetów pod komendą generała Nikołaja Tarakanowa wykonywały pracę, której nie mogły wykonać maszyny – zbierając radioaktywne kawałki grafitu z dachu hali reaktora sąsiadującej z uszkodzonym blokiem czwartym.

W zrobionej własnoręcznie odzieży ochronnej złożonej z ołowianych fartuchów i „strojów kąpielowych”, a także ołowianych osłon na genitalia mogli pozostać na dachu tylko kilka minut, czasem nawet sekund. Ich zadaniem było dostać się tam, zgarnąć kawałek promieniotwórczego gruzu szpadlem, podbiec na skraj dachu, zrzucić go i wrócić biegiem do względnie bezpiecznego betonowego budynku, w którym mieścił się reaktor.

Przeczytaj też: Katastrofa w Czarnobylu. Jaka jest prawdziwa liczba ofiar?

Robili to, żeby obniżyć poziom promieniowania na dachu bloku trzeciego i sprawić, by blok znowu był zdatny do eksploatacji Generał Tarakanow i jego żołnierze wypełniali rozkazy, lecz wśród ekspertów często pojawiały się różnice zdań co do tego, czy efekty działań żołnierzy są warte poświęcenia, którego od nich żądano. Niektórzy twierdzili, że uprzątnięcie dachu nie załatwiło sprawy – poziom promieniowania pozostał niezwykle wysoki.

Niewyobrażalny poziom promieniowania

Innych bardziej niepokoiła liczba ofiar, których wymagała cała operacja. „Wzruszyłem się ogromnie na myśl o naszych młodych żołnierzach, którzy praktycznie gołymi rękami zbierali kawałki reaktora i paliwa jądrowego z dachu – napisał po pewnym czasie minister energetyki ukraińskiej republiki Witalij Sklarow. – Poziom promieniowania był niewyobrażalny! Kto ich tam posłał? Kto wydał rozkazy? Jak można przedstawiać szaleństwo i zbrodnię jako heroizm? I cały kraj widział to okropieństwo; pokazywano to w pierwszym programie telewizji”.


„Bioroboty” generała Tarakanowa nie były ani pierwszymi, ani ostatnimi ludźmi narażającymi życie, żeby wykonać plan, który tak naprawdę się nie powiódł. Nikt nie umiał wówczas powiedzieć, co się powiedzie, a co nie.

Wojsko mogło uczynić wiele, żeby zmobilizować ludzkie zasoby, zdolności i umiejętności. Nie mogło jednak zrobić wszystkiego. W branży energetyki jądrowej prowadzono własną mobilizację, wysyłając do strefy zamkniętej następnych ludzi.

Tekst stanowi fragment książki Serhia Plokhy’ego pod tytułem "Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy" (Znak Horyzont 2019).
Tekst stanowi fragment książki Serhia Plokhy’ego pod tytułem Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy (Znak Horyzont 2019).

Prowadzili ją także członkowie kadry kierowniczej w budownictwie, górnictwie i przemyśle naftowym oraz w wydziałach gospodarki wodnej. W miarę jak komisja państwowa przechodziła od jednego sposobu odzyskania kontroli nad reaktorem do drugiego, prosiła o przysyłanie kolejnych ekspertów, większej ilości sprzętu i jeszcze większej liczby ludzi. […]

Średnia dawka [promieniowania] otrzymana w strefie zamkniętej przez niemal sześćset tysięcy likwidatorów wynosiła dwanaście remów, czyli przekraczała sto dwadzieścia razy roczną dawkę uznawaną za bezpieczną przez Międzynarodową Komisję Ochrony Radiologicznej. W kolejnych latach i dekadach wskaźniki śmiertelności oraz inwalidztwa wśród likwidatorów znacznie przewyższały te rejestrowane w całej populacji.

Przeczytaj również o zapomnianej awarii nuklearnej pod Leningradem, która naraziła życie i zdrowie milionów ludzie.

Źródło

Tekst stanowi fragment książki Serhia Plokhy’ego Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy, wydanej nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont (2019). Książkę możesz kupić na stronie Empiku.

Kup książkę z rabatem na empik.com

Ilustracja tytułowa: Fragment okładki książki Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy

Tytuł, lead, śródtytuły i teksty w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji. W celu zachowania jednolitości tekstu usunięto przypisy, znajdujące się w wersji książkowej. Tekst został poddany obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia większej liczby akapitów.

Autor
Serhii Plokhy
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Anna Winkler

Doktor nauk społecznych, filozofka i politolożka. Zajmuje się przede wszystkim losami radykalizmu społecznego. Interesuje się historią najnowszą, historią rewolucji i historią miast, a także kobiecymi nurtami historii. Chętnie poznaje dzieje kultur pozaeuropejskich.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.