Operacja „Wózek”. Jeden z największych sukcesów przedwojennego polskiego wywiadu

Strona główna » Międzywojnie » Operacja „Wózek”. Jeden z największych sukcesów przedwojennego polskiego wywiadu

Operacja „Ciotka” przemianowana później na „Wózek” była jednym z największych sukcesów polskiego wywiadu w dwudziestoleciu międzywojennym. Dzięki pomysłowości szefa bydgoskiej ekspozytury Dwójki kapitana Jana Żychonia udało się zdobyć wiele cennych niemieckich dokumentów. Minęły lata zanim przeciwnik w ogóle zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak.

Określenie „ciotka” pojawiło się już w 1925 roku przy okazji (…) przechwytywania poczty niemieckich konsulatów na południu Polski. Żychoń pracował wówczas w krakowskiej ekspozyturze i „ciotka” była najprawdopodobniej właśnie jego pomysłem, choć podpułkownik Stefan Mayer jako jej inicjatora wskazywał szefa tejże ekspozytury majora Adama Studenckiego. (…)


Reklama


Zasady tranzytu

W żargonie Oddziału II „ciotkowanie” było regularną kontrolą poczty; założyć komuś „ciotkę” oznaczało rozpoczęcie inwigilacji poprzez czytanie listów danej osoby. Gdy Żychoń został szefem ekspozytury nr 3 w Bydgoszczy, polecił zorganizowanie zespołu, który przechwytywałby niemieckie listy w pociągach z Rzeszy do Prus Wschodnich i Gdańska.

Pociągi te jeździły kilkoma trasami, między innym przez Tczew, Chojnice i Wejherowo. Zespół działający na trasach przechodzących przez Chojnice i Wejherowo zebrał kapitan Marian Włodarkiewicz.

Kapitan Jan Żychoń. Zdjęcie wykonane przez 1936 roku (domena publiczna).
Kapitan Jan Żychoń. Zdjęcie wykonane przez 1936 roku (domena publiczna).

Było kilka rodzajów pociągów i do każdego z nich należało zastosować inną technikę. Składy osobowe i pośpieszne, z których każdy miał wagony pocztowe, otrzymywały w Polsce polską lokomotywę oraz załogę konduktorską, ale niemieccy funkcjonariusze pocztowi jechali w wagonach Deutsche Reichspost. Inaczej rzecz się miała z pociągami towarowymi, które czasami przewoziły sprzęt wojskowy.

Bywało nawet tak, że w pociągu tranzytowym jechali niemieccy żołnierze. Niemcy mieli prawo do określonej liczby transportów wojskowych i towarowych, specjalna umowa zapewniała też przewożenie pasażerów bez konieczności kontroli. Wszystko to regulowały traktat wersalski oraz odpowiednie umowy polsko-niemieckie zawarte jeszcze w latach dwudziestych.

Zgodnie z nimi żołnierze musieli złożyć broń w wyznaczonym miejscu i podróż spędzić w jednym wagonie, z kolei pasażerowie, którzy nie podlegali formalnościom paszportowo-celnym, nie mogli w czasie jazdy wysiadać ani otwierać okien. Wspomniane umowy miały ułatwiać Niemcom transport przez terytorium polskie, jednocześnie dawały też pole do popisu wywiadowcom z Oddziału II. (…)

Kolejarze na usługach wywiadu

By mieć jak największą kontrolę nad przejeżdżającymi przez Polskę pociągami, bydgoska ekspozytura starała się uplasować w nich swoich ludzi. W tym celu weszła w konszachty z dyrekcją kolei w Toruniu. „W sprawie wyboru ludzi do «wózka» jeździłem osobiście kilkakrotnie do Torunia i konferowałem z dyrektorem, inż. Dobrzyckim” — wspominał Witold Langenfeld, prawa ręka Żychonia w drugiej połowie lat trzydziestych. (…)


Reklama


Współpraca z koleją była tak dalece posunięta, że jej dyrekcja w Toruniu na potrzeby Oddziału II układała rozkład jazdy pociągów, a czasami wydłużała ich przejazd przez terytorium polskie. Żychoń nie miał problemu z tym, by do akcji zaangażować także byłych kryminalistów, którzy w poprzednim życiu włamywali się do kas, a teraz mieli służyć Polsce.

Akcja „Ciotka” ruszyła w lipcu 1930 roku. Od tej pory polska obsługa pociągów tranzytowych, zarówno kolejarze, jak i pocztowcy, składała się z agentów ekspozytury bydgoskiej. Ich zadaniem było wejść w dobre relacje z niemieckimi funkcjonariuszami pocztowymi — innymi słowy, ugościć ich „po słowiańsku”. Agenci Oddziału II mieli więc ze sobą gęsi, kury, kaczki czy też masło, „na które urzędnicy niemieccy byli bardzo łasi”, jak opisywał później Witold Langenfeld. „Nierzadko odbywał się w czasie jazdy poczęstunek kolegów niemieckich wódką «polską czystą»”.

Artykuł stanowi fragment książki Andrzeja Brzezieckiego pt. Wielka gra majora Żychonia. As wywiadu kontra Rzesza (Wydawnictwo Literackie).
Artykuł stanowi fragment książki Andrzeja Brzezieckiego pt. Wielka gra majora Żychonia. As wywiadu kontra Rzesza (Wydawnictwo Literackie).

To sprzyjało budowaniu dobrych relacji między polskimi i niemieckimi pocztowcami. Polacy zabawiali Niemców rozmową, a ci potem, gdy pociąg zbliżał się do granicy, by „wyrównać czas stracony na «bibie»”, prosili ich o pomoc przy sortowaniu poczty.

To był kluczowy moment, bo dawał okazję, by podebrać wyglądające na wartościowe przesyłki — takie trafiały do oficera Oddziału II jadącego tym samym pociągiem, który fotografował listy i dokumenty, a następnie przywracał list czy paczkę do stanu pierwotnego.


Reklama


„Kuny pocztowe”

Przejrzane przesyłki trafiały do wagonu pocztowego w kolejnym pociągu. Istotnym elementem planu była wiedza, że Niemcy numerują tylko worki z przesyłkami, a więc nie orientowali się, jeśli nieewidencjonowany list przychodził kilka godzin później, w następnym składzie. Przy olbrzymiej ilości poczty i zachowaniu środków ostrożności wykrycie akcji Polaków było właściwie niemożliwe.

Urzędników pocztowych, którzy wykradali niemiecką korespondencję, ochrzczono potem mianem „kun pocztowych”. (…) Po latach Stefan Mayer opowiadał, że jedyną rekompensatę dla pocztowców stanowiły „nadane im na wniosek ekspozytury Krzyże Zasługi i rokrocznie przesyłane na Nowy Rok najlepsze życzenia i kosz wina”. Nie była to prawda — agenci dostawali wypłaty, prezenty wręczano najpewniej dyrektorom kolei.

Operacja "Wózek" był prawdziwym majstersztykiem. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).
Ładowanie poczty do wagonu pocztowego. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

„Najczęściej przejmowaliśmy w ten sposób korespondencję między niemieckimi stoczniami a admiralicją, dotyczącą budowy okrętów, względnie korespondencję między stoczniami lub innymi fabrykami przemysłu wojennego. Korespondencja taka przedstawiała dla wywiadu znaczną wartość. Czasami też wpadała w nasze ręce tą drogą poczta wojskowa” — wspominał Janusz Rowiński, jeden z ludzi Żychonia, który nadzorował akcję.

Zdarzało się, że w wagonach pocztowych jechały tajne przesyłki. Były przewożone w specjalnych workach, a każdy taki worek zawierał spis zawartości. Ówczesna technika nie pozwalała dobrać się do tej poczty bez ryzyka dekonspiracji, zostawiano ją więc w spokoju. Niemcy co jakiś czas udoskonalali zabezpieczenia. Z początkiem 1931 roku Reichswehra zaczęła wszystkie swe listy wysyłać jako polecone i zapieczętowane lakiem. Ich otwarcie i ponowne zamknięcie bez śladów zajmowało więcej czasu.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Innym razem na trasie Strzebielino–Malbork Polacy natknęli się na plombowane worki — to przerwało prace na około pół roku, do czasu aż dzięki współpracy z pocztą w Chojnicach udało się zdobyć niemieckie plomby i nauczono się je podrabiać.

Ponieważ jednak zawsze istniało ryzyko wpadki, agenci — owe „kuny pocztowe” — w razie przyłapania przez swych niemieckich kolegów mieli zeznawać, że szukali listów z pieniędzmi. Inaczej groziła im kara za szpiegostwo, a tak „tylko” za kradzież. Poza tym wsypa mogła „spowodować przykrości na tle polityki zagranicznej”. (…)


Reklama


Pociągi towarowe

W tranzytowych pociągach towarowych, które zaczęto obrabiać w 1935 roku, sprawy miały się trochę inaczej. Tu także na potrzeby ekspozytury Żychonia pracowali zwerbowani kolejarze — odpowiednią drużynę lokowano w pociągu, gdy ustalono, że będzie on przewoził cenny sprzęt wojskowy. Ludzie ci byli wyposażeni w specjalistyczny sprzęt, między innymi klucze i plombownice. (…)

Zanim zaczęto włamywać się do wagonów, przeprowadzono dokładne badania, jak były one zamykane. Agenci Oddziału II wyprawili się też do Rzeszy, by zakupić tam sznurki, druty i kłódki, jakich używała niemiecka poczta — okazało się, że były to standardowe kłódki dostępne w niemieckich sklepach.

Fragment mapy z 1934 roku pokazującej sieć kolejową na Pomorzu (domena publiczna).
Sieć kolejowa na Pomorzu. Fragment mapy z 1934 roku (domena publiczna).

Wszystko po to, by móc otworzyć wagony, przetrząsnąć listy i zamknąć je w sposób niebudzący podejrzeń. „Technika naszej pracy tak w wagonie, jak i przy wykorzystywaniu samej korespondencji była bardzo staranna i nie pozostawiała śladów” — opowiadał Rowiński.

Należało więc, zachowując pełną dyskrecję, zwerbować maszynistów, którzy po wjechaniu na polskie terytorium zwolniliby bieg pociągów, a także konduktorów, którzy przymykaliby oczy na działania ludzi Żychonia. Oni zaś powinni umieć włamać się do składu i szybko przejrzeć worki pocztowe w poszukiwaniu cennych materiałów, konieczna więc była dobra znajomość niemieckiego. Oraz wiedza o niemieckim wojsku, bo polski wywiad najbardziej interesowała korespondencja Reichswehry.

Gdy na pierwszoplanowych graczy po 1933 roku wyrosły takie formacje jak SA i SS, także ich korespondencja znalazła się w polu zainteresowania ludzi Żychonia. Z tym wiązały się nowe wyzwania: SA wysyłała swe listy nie na adresy jednostek, ale poszczególnych funkcjonariuszy, zatem ludzie przeglądający worki z listami musieli znać aktualną obsadę oddziałów Sturmabteilung. (…)

Sposób działania „ciotkarzy”

Sama operacja wyglądała następująco: po przekroczeniu polskiej granicy, gdy w pociągu nie było już niemieckich kolejarzy, współpracujący z Oddziałem II maszynista zwalniał bieg pociągu i w tym momencie zjawiali się „ciotkarze”, włamywali się do wagonów i przeglądali ich zawartość. Bywało, że część materiału w odpowiednim momencie wyrzucano z pociągu.


Reklama


A zatem w czasie około dwugodzinnego przejazdu przez polski odcinek, liczący niewiele ponad sto kilometrów, należało zerwać plomby, wykraść odpowiedni sprzęt i założyć nowe plomby. W teorii może to wyglądać na łatwe zadanie, w praktyce jednak wymagało ścisłej koordynacji wielu elementów. Żychoń bardzo więc dbał o to, by za „ciotki” odpowiadali sprawdzeni ludzie. Gdyby bowiem Niemcy dowiedzieli się o tych działaniach, na pewno chcieliby wywołać międzynarodowy skandal.

„Po włamaniu do wagonów można było wykonać fotokopie ważniejszych dokumentów lub nawet zatrzymać pakiety korespondencji i podrzucić je do worków w następnym pociągu. Przewożone w dużych ilościach wyposażenie wojskowe, na przykład maski gazowe, mundury, sprzęt optyczny czy fragmenty uzbrojenia, można było po prostu wykraść” — pisze Wojciech Skóra.

Żychoń kierował dowodzoną przez siebie placówką żelazną ręką. Na zdjęciu wraz z żoną. Fotografia z książki Polscy szpiedzy 2 (materiały prasowe).
Żychoń (na zdjęciu wraz z żoną) dbał o to, aby w akcji „Wózek” brali udział tylko sprawdzeni ludzie.

Co udało się zdobyć?

Stefan Mayer wśród cenniejszych trofeów wymieniał wielostronicowy materiał dotyczący prac niemieckiego kontrwywiadu.

Poza bardzo dla nas interesującymi fragmentami teoretycznych rozważań na temat bezpieczeństwa w Niemczech […] znaleźliśmy w tym opracowaniu dokładne opisy spraw naszych agentów, którzy w okresie sprawozdawczym zostali przez niemiecki kontrwywiad zlikwidowani.


Reklama


Wykradaniem sprzętu zajmował się „specjalista ślusarz”. „W wypadku gdy zachodziła konieczność rozmontowania lub wymontowania jakichś przedmiotów, nie było trudności technicznych” — opowiadał Mayer. „Zdobyto w ten sposób między wielu innymi rzeczami niemiecki karabin lotniczy, pociski armatnie, części wyposażenia niemieckiego żołnierza, a nawet bagaże żołnierzy wyjeżdżających, względnie wracających z kursów wojskowych, w których to bagażach znajdowały się nieraz bardzo cenne zapiski i notatki z tychże kursów” — wspominał Janusz Rowiński. Zdarzało się jednak, że urobek z akcji był znikomy. (…)

Nie tylko w pociągach

Zdaniem Rowińskiego Niemcy nie mogli nie zauważyć, że ginie sprzęt, ale jeśli plomby były w porządku, najpewniej zakładali, że zaginął przy załadunku jeszcze w Niemczech. Rowiński nieraz ostrzegał Żychonia, że wykradanie sprzętu może się skończyć katastrofą, ale szef bydgoskiej ekspozytury najwyraźniej nie przejmował się ryzykiem. Nic dziwnego — była to dla niego kura znosząca złote jajka.

Wnętrze przedwojennego wagonu pocztowego. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).
Wnętrze przedwojennego wagonu pocztowego. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

Wiedza z akcji „Ciotka” stanowiła sześćdziesiąt procent tego, co w danym okresie udało się Oddziałowi II dowiedzieć na temat Niemiec, zaangażowanych w nią było około dziesięciu agentów ofensywnych, a cały koszt operacji wynosił mniej więcej tysiąc złotych miesięcznie, a więc jakieś dwa procent budżetu ekspozytury.

„Ciotkowano” nie tylko w pociągach. Przez dworzec kolejowy w Tczewie przechodziły składy do Prus Wschodnich z Gdańska i Rzeszy — łącznie w ciągu doby było tych pociągów aż dziewięć. Tczew leżał na granicy II Rzeczypospolitej oraz Prus Wschodnich, był także swoistą bramą do Wolnego Miasta Gdańska. Właśnie w Tczewie poczta z Gdańska do Prus Wschodnich oczekiwała w zaplombowanych workach na pociąg z Niemiec, który przyjeżdżał kilkadziesiąt minut później.


Reklama


Zwerbowany w 1935 roku naczelnik urzędu pocztowego brał worki do swojego gabinetu, gdzie agenci Dwójki zabierali się do pracy. Gdy nadjeżdżał pociąg z Berlina, ładowano do niego niebudzące niczyich podejrzeń worki i przesyłki trafiały do adresatów w Królewcu i innych miastach. (…)

Co ciekawe, „Ciotka”, a następnie „Wózek” służyły nie tylko do wykradania poczty, ale do jej… podrzucania w celu utrzymywania korespondencji z agentami w Rzeszy. (…) „Kuny pocztowe” podrzucały listy do worków i te potem trafiały do adresatów jako nadane z terenu Niemiec. „W ten sposób unikano cenzury listów «zagranicznych» wysyłanych do własnych agentów”.

Artykuł stanowi fragment książki Andrzeja Brzezieckiego pt. Wielka gra majora Żychonia. As wywiadu kontra Rzesza (Wydawnictwo Literackie).
Artykuł stanowi fragment książki Andrzeja Brzezieckiego pt. Wielka gra majora Żychonia. As wywiadu kontra Rzesza (Wydawnictwo Literackie).

Czy Niemcy wiedzieli o akcji „Wózek”?

Historycy i znawcy tematu do dziś się spierają, czy Niemcy wiedzieli o wykradaniu poczty, czy też nie. Wydaje się oczywiste, że musieli podejrzewać, iż ich poczta jest wykradana, ale być może nie przykładali do tego większej wagi.

Ostatecznie w ten sposób — czyli tranzytem przez polskie terytorium — przesyłano zwykłą pocztę. Można z niej było, rzecz jasna, wyciągnąć bardzo interesujące informacje, ale tylko szczęśliwym trafem zdarzały się przesyłki specjalne, na ogół z powodu ludzkiego błędu. Raz pewna tajna instrukcja dotycząca zaopatrywania wojska w polu trafiła omyłkowo do Królewca zamiast do Drezna. Z Królewca, przez ewidentne niedbalstwo, odesłano ją już zwykłym tranzytem i tak wpadła w ręce Oddziału II.


Reklama


Z niemieckiej instrukcji wydanej w 1936 roku i dotyczącej przewozu przesyłek można wywnioskować, że Niemcy podejrzewali, iż ich poczta jest przeglądana, ale dotyczyło to tylko przesyłek przewożonych w zwykłych, cywilnych pociągach tranzytowych, bez eskorty, a nie w wojskowych składach, gdzie znajdowali się niemieccy żołnierze lub konwojenci.

„Nigdy, aż do wybuchu wojny, nie było żadnych poderzeń, by sprzęt mógł ginąć z pociągów tranzytowych” — zapewniał Witold Langenfeld. Miał na to dowód w postaci przechwyconych i rozszyfrowanych niemieckich depesz radiowych. Gdy brak było jakiegoś sprzętu czy materiału wykazanego w dokumentach, wówczas rozpoczynała się wymiana depesz radiowych między urzędami: tym, który sprzęt wysłał, i tym, który sprzęt odebrał. „Kierownik jednego urzędu robił wyrzuty kierownikowi drugiego urzędu. Winę zaginięcia przedmiotu zganiał jeden na drugiego”.

Dopiero po kilku latach niemiecki kontrwywiad zaczął coś podejrzewa (Bundesarchiv/CC-BY-SA 3.0).

Niemieckie niedbalstwo źródłem sukcesu?

Janusz Rowiński sukces polskiego wywiadu tłumaczył tym, że nawet Niemcy czasem okazywali się niedbali i nadawali ważne przesyłki wojskowe zwykłą pocztą, choć specjalna instrukcja zabraniała używania do tych celów pociągów tranzytowych — należało korzystać z kurierów, drogi morskiej lub samolotów.

To, że wojskowa poczta trafiała mimo wszystko do składów jadących przez terytorium Polski, Rowiński kładł na karb nieostrożności, lekkomyślności i niedbalstwa zachodnich sąsiadów, tłumacząc to normalnymi błędami w funkcjonowaniu administracji „olbrzymiej, gwałtownie rozbudowywanej machiny wojskowej niemieckiej”.

W drugiej połowie lat trzydziestych Niemcy byli już poza tym tak pewni swej przewagi nad Polską, zwłaszcza jeśli idzie o zaawansowany technicznie sprzęt, że być może nie przywiązywali wielkiej wagi do trzymania wszystkiego w ścisłej tajemnicy. Mogli zakładać, że wiedza na temat niemieckich zbrojeń niewiele Polakom pomoże, bo nie są w stanie odpowiednio zareagować.

Najważniejszym argumentem w tym sporze jest fakt, że Niemcy nie zrobili z wykradania poczty — a więc naruszania eksterytorialności pociągów — afery międzynarodowej i nie wykorzystali tego propagandowo przeciw Polsce.


Reklama


A mieli to w zwyczaju, zwłaszcza przed 1933 rokiem, gdy jeszcze należeli do Ligi Narodów. Zgłaszali wówczas mniejsze naruszenia porozumień i traktatów, a niemiecka prasa nie przepuszczała żadnej okazji, by udowodnić Polsce złe zamiary wobec Rzeszy lub nierespektowanie międzynarodowych umów.

Kopie lepsze od oryginału

Marian Zacharski w książce Operacja Reichswehra. Kulisy wywiadu II RP przedstawia niemiecki dokument z 1935 roku, z którego wynika, że Niemcy przez lata funkcjonowania „Ciotki” zakładali, iż Polacy nie wykradają korespondencji, bo byłoby to niezgodne z honorem funkcjonariuszy poczty. (…) Gdy jednak nabrali podejrzeń, wykonali ekspertyzy plomb na workach, których wynik był jednoznaczny: listy zostały prawdopodobnie wyjęte, sfotografowane i następnego dnia znowu włożone do worka.

Po dokonanej ekspertyzie Niemcy odkryli, że podrobione plomby były lepszej jakości niż oryginalne. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).
Po dokonanej ekspertyzie Niemcy odkryli, że podrobione plomby były lepszej jakości niż oryginalne. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

Niemieccy eksperci pisali: „We wszystkich prawdziwych plombach znajduje się silniejsze wgłębienie nad cyframi «2» i «6». Gołym okiem nie można zauważyć tych znaków. […] Na plombach określanych jako fałszywe brakuje ich. Można bez najmniejszej wątpliwości stwierdzić, że plomby te faktycznie zostały zrobione fałszywymi plombownicami”.

Różnice, widoczne jedynie pod mikroskopem, były także w innych literach. Co ciekawe, polscy eksperci chyba przedobrzyli, podrabiając plomby, bo niemiecki raport stwierdzał: „Wszystkie linie [w literach na fałszywych plombach — przyp. aut.] są istotnie lepsze i bardziej wypukłe niż w plombach prawdziwych”.


Reklama


W 1938 albo 1939 roku wpadła w polskie ręce instrukcja zabraniająca przesyłania przez terytorium II Rzeczypospolitej wojskowej poczty tajnej i ważnej, Polacy więc jeszcze przed wojną zdawali sobie sprawę z niemieckich podejrzeń. Niemniej wojskowa korespondencja dalej jechała pociągami w dużych ilościach i zdarzały się przesyłki tajne.

Z dokumentu opublikowanego przez Zacharskiego wynikałoby ponadto, że jeśli Niemcy nabrali wątpliwości, to dopiero w 1935 roku, pięć lat po starcie akcji, ale co ważniejsze, poczta wysyłana z Breslau do Prus Wschodnich miała znaczenie drugorzędne, a tylko tej trasy dotyczyło pismo. Historyk Marcin Przegiętka pisze: „nie wiemy, czy pismo to przekazano władzom wojskowym, ani tym bardziej, czy trafiło ono do Abwehry”.

Tablicka w Bydgkoszczy upamiętniająca (Jana Żychonia Bosyantek/CC BY-SA 3.0).
Tablicka w Bydgkoszczy upamiętniająca (Jana Żychonia Bosyantek/CC BY-SA 3.0).

Niemcy zlekceważyli zagrożenie?

Dlaczego jednak Niemcy, mając taką wiedzę czy choćby nawet podejrzenia, nie reagowali? Istnieje możliwość, że wykorzystali ten fakt do tak lubianej przez służby specjalne inspiracji, a więc podrzucali Polakom pocztę, dzięki której wprowadzali ich w błąd. Jeśli tak było, to dopiero od 1935 roku. Tyle tylko, że Polacy wykradali korespondencję wyrywkowo, toteż Niemcy nigdy nie mogli mieć pewności, który wagon i który worek zostanie splądrowany.

Akcję przeprowadzano nieregularnie, raz–dwa razy w tygodniu, a o konkretnym jej terminie wiedziała tylko garstka osób. Musieliby więc non stop produkować niesamowite wręcz ilości fałszywej korespondencji, w dodatku wyglądającej na wiarygodną i zgodną z innymi informacjami, by nie budzić podejrzeń. W teorii to możliwe, w praktyce raczej niewykonalne. (…)


Reklama


Czy możliwe jest zatem, że Niemcy zlekceważyli sygnały ostrzegawcze, a może uznali, że przesyłki tranzytowe nie zawierały drażliwych danych? Te naprawdę tajne szły do Prus Wschodnich drogą morską, lotniczą lub były przekazywane przez kurierów. Transport morzem i powietrzem był jednak kosztowny i w pierwszym wypadku długotrwały.

Żychoń już na początku akcji oceniał zdobyte dokumenty jako cenne, a co najważniejsze, stuprocentowo pewne. Dziś wiadomo, że akcja „Ciotka”, przemianowana potem na „Wózek”, była największym sukcesem bydgoskiej ekspozytury. Stanowiła nieprzerwane źródło większości materiałów zdobywanych przez ekspozyturę, a ta z kolei była często źródłem większości informacji zdobytych przez Oddział II na temat Niemiec w ogóle.

Źródło

Artykuł stanowi fragment książki Andrzeja Brzezieckiego pt. Wielka gra majora Żychonia. As wywiadu kontra Rzesza. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Prawdziwa historia asa przedwojennego polskiego wywiadu

Tytuł, lead oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. W celu zachowania jednolitości tekstu usunięto przypisy, znajdujące się w wersji książkowej.Tekst został poddany podstawowej obróbce korektorskiej.

Autor
Andrzej Brzeziecki
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Seryjni mordercy II RP. Jego najnowsza pozycja to Damy Władysława Jagiełły (2021).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.