Polski desant morski w powstaniu styczniowym. Czy ta operacja mogła odmienić losy wojny?

Tysiąc karabinów, sto tysięcy pocisków, okręt wypełniony ochotnikami z całej Europy. I ryzykowny desant, od którego wszystko zależało. Jedyna taka akcja w powstaniu styczniowym.

Kiedy w 1863 roku wybuchło Powstanie Styczniowe pilną sprawą było zaopatrzenie powstańców w broń palną. Zakupów dokonywano na Zachodzie, głównie w Belgii. Jednak transport lądem był niezwykle ryzykowny a policje pruska i austriacka przechwytywały liczne przesyłki kolejowe.


Dlatego też jako ewentualną trasę przerzutu uzbrojenia brano pod uwagę szlaki morskie, zarówno wiodące przez Bałtyk jak i Morze Czarne.

Tysiąc karabinów, sto tysięcy kul

Aby pomysł przekuć w realny plan do Londynu udali się przedstawiciele Tymczasowego Rządu Narodowego: Józef Demontowicz oraz Józef Ćwierczakiewicz.

Powstanie styczniowe. Akwaforta Walerego Eljasza-Radzikowskiego.

Korzystając z pomocy słynnych rewolucjonistów m.in. Karola Marksa, Aleksandra Hercena i Giuseppe Mazziniego, przebywających w owym czasie w stolicy Wielkiej Brytanii, zakupiono w znanej firmie Withword and Sons dość imponującą partię broni i wyposażenia.

Było to 1000 karabinów z bagnetami, 100 tysięcy kul karabinowych, 2 miliony spłonek, 750 francuskich szabel kawaleryjskich, 200 lanc, 1000 kos, 100 rewolwerów, 3 armaty, ponad 2,5 tony prochu a nawet drukarnia polowa niezbędna do wydawania ulotek propagandowych.


Trzy chorągwie, mundury i 162 ochotników

Ponadto zamówiono umundurowanie dla 2000 żołnierzy oraz 3 duże polskie chorągwie. Gdyby przedsięwzięcie powiodło się, byłby to naprawdę istotny zastrzyk dla rozpaczliwie potrzebujących broni polskich powstańców.  

Dodatkowo zwerbowano 162 ochotników mających zasilić walczące oddziały. Była to prawdziwa międzynarodówka. Oprócz 102 Polaków w skład grupy wchodzili głównie Francuzi i Włosi a także Anglicy, Belgowie, Chorwaci, Holendrzy, Niemcy, Rosjanie, Szwajcarzy i Węgrzy.

Przeczytaj też: Pierwsza kobieta z Virtuti Militari. Dlaczego tak długo czekała na uznanie swoich zasług?

W ten sposób oprócz dopływu doświadczonej kadry starano się zapewnić wyprawie odpowiedni walor propagandowy i pokazać walczącym w kraju Polakom, że nie są osamotnieni w swoich zmaganiach.

Teofil Łapiński. Oficer, buntownik, weteran

Dowódcą morskiej ekspedycji z zaopatrzeniem mianowany został charyzmatyczny płk Teofil Łapiński.

Portret Teofila Łapińskiego zamieszczony na okładce książki Romantyczny kondotier.

Był to oficer o dużym doświadczeniu bojowym który walczył w postaniu węgierskim w 1849 roku, w latach 1853-54 w armii carskiej wojował na Krymie, a po dezercji z jej szeregów na czele kilkudziesięcioosobowej partii Polaków walczył po stronie powstańców czerkieskich, gdzie zdobył prawdziwą sławę. Potem służył jeszcze w armiach tureckiej i francuskiej.

„Ward Jackson”. Przepustka do Polski

Następnym krokiem było znalezienie odpowiedniego statku. Organizatorom udało się wynająć od przedsiębiorstwa żeglugowego West Hartlepool Steam Navigation Company Ltd. za cenę 1300 funtów szterlingów trzymasztowy, żelazny szkuner z dodatkowym napędem parowym o nazwie „Ward Jackson”.


Jego dowódca kapitan Robert Weatherley doskonale znał Bałtyk, gdyż statek często kursował między portami Anglii a Petersburgiem. Spodziewano się, że jednostka dzięki temu nie będzie wzbudzała podejrzeń.

Polakom sprzyjał jeszcze jeden fakt. Porty Kronsztad i Rewel, stanowiące główne bazy rosyjskiej floty na Bałtyku, były zazwyczaj do połowy kwietnia skute lodem, co praktycznie uniemożliwiło wszelkie operacje carskich okrętów.  

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Na celowniku carskich służb

Tymczasem o poczynaniach Polaków w Londynie dowiedzieli się Rosjanie.

19 marca 1863 roku carski ambasador Filip Iwanowicz von Brunnov na spotkaniu z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii lordem Johnem Russellem próbował wymusić zatrzymanie statku przez brytyjski rząd. Ponadto rosyjscy agenci ponadto obieli dyskretnym nadzorem port Gravesend, gdzie cumował „Ward Jackson”, a rosyjski ambasador zaalarmował również Prusaków, którzy w stan gotowości postawili swoje siły w Gdańsku.

Port londyński na planie z 1837 roku. W XIX wieku był to najruchliwszy port świata.

Rosjanie przeprowadzili również demonstrację siły. Gdy angielski statek zaczął ładować na swój pokład polską broń, niespodziewanie w jego pobliżu zacumowała rosyjska 12-działowa korweta „Zemczug”!

Oczywiście siłowa interwencja w obcym porcie nie wchodziła w grę, ale jasnym było że od tego czasu carski okręt będzie jak cień towarzyszył brytyjskiemu szkunerowi i na wodach międzynarodowych może dojść do próby jego przejęcia.       


Celnicy na pokładzie

Kiedy ładownie „Warda Jacksona” zapełniły się deklarowanym w dokumentach „żelastwem”, na jego pokład niespodziewanie weszli angielscy celnicy aby dokonać odprawy. Stało się tak na skutek donosu urzędników ambasady rosyjskiej.

Gdy podczas inspekcji na jaw wyszło, że ładunek to w rzeczywistości broń, Anglicy odmówili zgody na wyprawienie statku. Mimo to kapitan, nie zważając na protesty celników, rozkazał odcumować a ich samych pod przymusem wysadzić.  

Przeczytaj też: Polak odkrył najbardziej tajemniczą księgę świata. Ten fakt wciąż jest zakłamywany

„Ward Jackson” wyszedł w morze w niedzielę 22 marca o godzinie 6 rano. Załoga „Zemczuga” widząc co się święci również usiłowała wyprowadzić swoja korwetę z portu. Na przeszkodzie stanęła im jednak… awaria maszyny parowej.

Dzięki Giuseppe Mazziniemu na pokładzie rosyjskiego okrętu doszło do aktu sabotażu, który kosztował przedsiębiorczych Polaków zaledwie 62 funty i filiżankę dobrej angielskiej herbaty.

Mgła w porcie londyńskim. Obraz Charlesa de Lacy z 1881 roku.

Na Bałtyku

Z Londynu do rejonu portu Memel, gdzie miano dokonać desantu, było około 1200 mil morskich i „Ward Jackson” potrzebował 5 dni na przebycie tej odległości. Nie wszystko jednak poszło po myśli powstańców.

Szkuner po opuszczeniu wybrzeży angielskich trafił na silny sztorm i wieczorem 25 marca 1863 roku był zmuszony zawinąć do szwedzkiego Helsingborgu, aby przeczekać niepogodę.


Kłopoty przyszły nagle z zupełnie niespodziewanej strony. Kapitan Weatherley, dotąd wzorowo współpracujący z Polakami, nagle kompletnie stracił ochotę do kontynuowania podróży.

Najpierw upierał się, że nie posiada odpowiednich dokumentów na ładunek statku, co jak wiemy było zgodne z prawdą. Później twierdził, że on sam nie ma przy sobie uprawnień świadczących iż jest dowódcą szkunera, przez co w razie kontroli narażony jest na znaczną karę pieniężną. Gdy Polacy zaproponowali, że pokryją te koszty, chyba naprawdę zaczął żałować uczestnictwa w szalonej eskapadzie.

Helsingborg na rycinie z lat 60. XIX wieku. Tak wyglądał szwedzki port, gdy zawinęli do niego powstańcy styczniowi.

Napomknął o niebezpieczeństwie, jakie mu grozi w przypadku niepowodzenia akcji: najpewniej śmierć na szubienicy a w najlepszym razie zsyłka na Syberię. Pod różnymi pozorami przez trzy kolejne dni przetrzymał statek w szwedzkim porcie.

Brytyjska załoga schodzi z pokładu

Polacy otrzymali informację, że kapitan zdążył już opowiedzieć o wyprawie właścicielowi hotelu, w którym zamieszkali na czas postoju statku. Z kolei właściciel ów był w zażyłych stosunkach z miejscowym rosyjskim konsulem. To wszystko pachniało jawną zdradą!


Dopiero pod groźbą użycia broni Weatherley zgodził się wyprowadzić szkuner na Gotlandię, jednak skierował statek do Kopenhagi pod pretekstem zaopatrzenia statku w słodką wodę. Tam wraz z załogą wsiadł w szalupy… i szybko odpłynął.

Położenie Polaków i ich towarzyszy było dosyć osobliwe – wyprawa dysponowała statkiem, ale nie było marynarzy do jego obsługi. W obawie, że rząd duński mógłby pod rosyjską presją nałożyć areszt na jednostkę, Polacy wynajęli miejscowych marynarzy aby przeprowadzić szkuner do najbliższego szwedzkiego portu.

Przeczytaj też: W jeden bezczelny sposób ten minister wyłudził 400 000 rubli. Lepiej żeby polscy politycy nie brali z niego przykładu

30 marca o godzinie 17.00 „Ward Jackson” wpłynął do Malmö. Tutaj wyprawa wpadła z deszczu pod rynnę, bowiem lody puściły wcześniej i w pobliżu szwedzkich wód terytorialnych pojawiły się rosyjskie okręty. Na domiar złego Szwedzi nałożyli areszt na broń – w końcu Polacy nie mogli pochwalić się żadnymi dokumentami.

Płk Łapiński nie poddaje się

Wydawać by się mogło, że ekspedycja już była skończona. Tymczasem niezmordowany płk Teofil Łapiński… zakupił w Szwecji kolejny statek. Szkuner „Emilie” – mały i niepozorny, jakich pełno było wówczas na Bałtyku. Zakupiono również nową broń i nieco amunicji.

Wrak na sztormie. Obraz Radena Saleha z 1837 roku.

Z tym ładunkiem „Emilie” odpłynęła. Dla niepoznaki płk Łapiński na czele około 120 ludzi popłynął w ślad za nią na parowcu „Fulton” i pod Kopenhagą przesiadł się na pokład szkunera „Christina Lorenza”, z którego z kolei przeniósł się na pokład „Emilie”.

Wreszcie u celu

10 czerwca 1863 roku, a więc ponad dwa i pół miesiąca od wyruszenia z Anglii, wyprawa dotarła na miejsce desantu w pobliżu pruskiego kurortu Schwarzort, położonego na Mierzei Kurońskiej na południe od portu Memel.


Po zejściu na ląd powstańcy zamierzali skrycie przekroczyć granicę z zaborem rosyjskim. Wydawało się, że uparty i zdeterminowany płk Łapiński w końcu dopiął swego. Los jednak i tym razem okazał się dla Polaków przewrotny.

„Emilie” stanęła około dwóch mil morskich od wybrzeża. Na zwiady wyruszyło trzech ludzi którzy głosząc, że są z załogi uszkodzonego angielskiego statku podążającego do Memla po zboże, mieli spenetrować okolicę i zlokalizować ewentualne pruskie siły.

Niemiecka mapa wybrzeży Bałyku z drugiej połowy XIX wieku. Czerwonym kolorem zaznaczono przybliżone miejsce lądowania polskiego desantu.

Gdy wrócili z informacją, że okolica jest spokojna i warunki sprzyjają lądowaniu, Łapiński zadecydował o rozpoczęciu desantu na godzinę 22.00. Zgodnie z planem zamierzano najpierw wyładować oddział który miał udać się kilkaset metrów w głąb lądu i zabezpieczyć przyczółek na czas lądowania reszty sił desantu.

Katastrofalne lądowanie

Tuż po zapadnięciu zmroku niebo, dotąd pogodne, zasnuło się ciężkimi chmurami i rozpętała się burza. Mimo to płk Łapiński rozkazał kontynuować operację.


Okazało się jednak, że szalupy użyte do desantowania nie były najlepszej jakości, a i powstańcy nie bardzo wiedzieli jak zachować się w tak trudnych warunkach pogodowych. Łapiński wspominał:

Ledwie byliśmy na paręset sążni od statku, gdy pierwsza fala uderzyła w łodzie i jak gdyby tylko burza na nas czekała, wiatr zerwał się silny, a woda coraz więcej się burzyła.

Przeczytaj też: Miejsce zapomniane przez Boga. Tak wyglądała najgorsza rosyjska kolonia karna

Majtkowie naprężali się przy wiosłach, ja kierowałem osobiście rudlem. Ale usiłowania nasze były nadaremne; wiedziałem, że zamiast zbliżać się do lądu, wiatr odpychał nas dalej w morze, bałwany coraz gwałtowniej uderzały w łodzie i napełniały je wodą.

Położenie było krytyczne, trzeba było wracać na statek, który, nie pojmowałem z jakiej przyczyny, zamiast trzymać się blisko nas, odsadził się od nas na dobre pół mili morskiej. Dałem znak trwogi kilkoma strzałami z rewolweru, ale statek się nie zbliżał.

Sztorm na jednym z XIX-wiecznych obrazów Iwana Ajwazowskiego.

Żołnierze wołali z wielkiej łodzi, że mają wody po kostki, niedługo że po kolana; kazałem wodę wylewać manierkami, ale to niewiele pomogło, bo co trochę wody wyczerpali, to nowy bałwan łódź napełniał.    

Tragiczny bilans wyprawy

W końcu doszło do tragedii: jedna z dwóch łodzi, użytych do przewiezienia pierwszej części desantu, wywróciła się. Mimo szybko podjętej akcji ratunkowej zginęło 8 Polaków i 16 cudzoziemskich ochotników. Byli to najbardziej doświadczeni żołnierze wyprawy.

Przeczytaj też: „Ludzie szaleli, marli jak muchy”. Tak wyglądała droga Polaków do piekła na Ziemi

Na domiar złego sztorm zaczął spychać „Emilie” w kierunku Połągi obsadzonej przez silny garnizon rosyjski. W zaistniałej sytuacji, z ciężkim sercem, płk Teofil Łapiński zdecydował o przerwaniu akcji i zawróceniu.

14 czerwca 1863 roku szkuner dopłynął do szwedzkiej Gotlandii, gdzie powstańcy zostali rozbrojeni i na pokładzie szwedzkiej korwety wrócili 24 czerwca do Anglii. Tam 5 lipca oddział ostatecznie rozwiązano.


Oprócz ofiar w ludziach nieudana wyprawa pochłonęła 100 tysięcy franków, tak niezmiernie potrzebnych w walce o niepodległość. Ponadto katastrofa desantu doprowadziła do ujawnienia miejsca lądowania powstańczego oddziału na wybrzeżu Bałtyku. W praktyce przekreśliło to szansę na podjęcie podobnych akcji w przyszłości.    

Przeczytaj też o tym, jak w trakcie powstania listopadowego warszawiacy traktowali kolaborantów. Nie mieli dla nich żadnej litości.

Bibliografia

  1. Henryk Mąka, Admirałowie polskiej floty. Od Mieszka I do admirałów XXI wieku, Bellona SA, Warszawa 2015.
  2. Stefan Kieniewicz, Powstanie Styczniowe, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1987.
  3. Edmund Kosiarz, Wojny na Bałtyku X-XIX w. ,Wydawnictwo Morskie,  Gdańsk 1978.
  4. Hubert Królikowski, Historia działań specjalnych, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2004.
  5. Jerzy S. Łątka, Romantyczny kondotier, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1988.
  6. Jan Rogowski, Flota polska w Powstaniu Styczniowym, Morze nr 2/1926.
Autor
Dariusz Kaliński
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Anna Winkler

Doktor nauk społecznych, filozofka i politolożka. Zajmuje się przede wszystkim losami radykalizmu społecznego. Interesuje się historią najnowszą, historią rewolucji i historią miast, a także kobiecymi nurtami historii. Chętnie poznaje dzieje kultur pozaeuropejskich.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.