Pod koniec XV wieku syfilis był chorobą tak rzadką, że nawet nie miał w Polsce swojej nazwy. Stulecie później znał go już każdy. A najbardziej zaufany lekarz Stefana Batorego twierdził wręcz, że każdy na niego chorował – przynajmniej wśród szlachty.
Wojciech Oczko urodził się w Warszawie w 1537 roku. Choć był zaledwie synem kołodzieja, zdołał dostać się na uniwersytet w Krakowie, zdobyć posadę w szkole katedralnej, a następnie pogłębić edukację w Padwie, Bolonii i Rzymie.
Reklama
W 1568 roku uzyskał doktorat z medycyny po czym podjął praktykę w Warszawie. „Jego sława lekarska spowodowała, że w 1576 roku został powołany na dwór Stefana Batorego” – pisze historyczka Monika Maludzińska. – „Towarzyszył królowi w wyprawach wojennych. Jako nadworny lekarz zdobył sobie wielkie uznanie”.
Specjalista od dworskiej niemocy
Oczkę ceniono jako najwybitniejszego w kraju eksperta od „przymiotu” – czyli syfilisu. Specjalizacja przyniosła mu tak wielki respekt, że swoją córkę za żonę oddał mu sam burmistrz Warszawy.
Eskulap usiłował leczyć kiłę, ale przede wszystkim – komentował rozwój epidemii i notował sposoby przeciwdziałania kryzysowi. W 1581 roku spod jego ręki wyszła praca Przymiot, albo dworska niemoc – pierwszy w dziejach Polski traktat medyczny na temat syfilisu.
„Franca z Włoch do nas przyszła”
Doktor nazywał wyniszczającą dolegliwość między innymi „francą”. Sądził jednak, że ta dotarła nad Wisłę nie z zachodu, lecz z południa kontynentu. „Franca z Włoch do nas przyszła” – pisał.
Reklama
Uważał ją nawet nie tyle za chorobę, co raczej dopust Boży. Plagę, która spadła na ludzi jako kara za grzechy („To jest jedna kaźń a bicz Boży”).
O przebiegu i charakterze schorzenia wiedział… tyle ile mógł wiedzieć medyk XVI stulecia. Pisał o „jadzie” trawiącym ludzi zarówno od wewnątrz, jak i na powierzchni ciała.
Od jego (para)naukowych wynurzeń dużo ciekawsze są wnioski epidemiologiczne. Wojciech Oczko szeroko pisał o rozprzestrzenianiu się schorzenia, zwłaszcza w wysokich warstwach. I nie szczędził nieszczęśnikom, których dotknął „przymiot” słów potępienia.
Nikogo nie oszczędza
Zdaniem lekarza syfilis trapił przede wszystkim przedstawicieli szlachty, a więc ludzi, którzy odznaczali się opilstwem, gnuśnością i łakomstwem.
Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.
Oczko wypominał panom herbowym, że w obżarstwie dorównywali Francuzom i że „nie żałowali zdrowia”, gdy przychodziło do picia. Ta właśnie swoboda i niedbałość miały narażać ich na kiłę,
Za wzór do naśladowania lekarz stawiał… chłopów. Ludzi, którzy za sprawą ciężkiej pracy i „skromnego a prostego życia” zachowywali lepsze zdrowie.
Reklama
Oczko pisał, że „przymiot” na wsiach nie był tak częsty, jak w dworach. Przyznawał jednak, że nikt nie mógł czuć się do końca bezpieczny. Kiła, zupełnie jak „jad psa wściekłego” nie oszczędzała ludzi w żadnym wieku, żadnej płci, stanu czy narodowości.
„Przymiot tak się spospolitował, że…”
Ilu łącznie było w Polsce syfilityków zdaniem lekarza najlepiej znającego problem? Również w tej kwestii Wojciech Oczko nie przebierał w słowach. Stwierdził, że „przymiot tak się spospolitował”, że… trudno wręcz było znaleźć człowieka, który na niego nie cierpi.
Monika Maludzińska słusznie zaznacza, że opinia była „przejaskrawiona”. Ale czy bardzo? Wiadomo, że leczenie kiły zabiło matkę Bony Sforzy, że choroba trawiła organizm Zygmunta Augusta. W kolejnym wieku dotknęła chociażby Marię Kazimierę Sobieską. Niszczyła życie królów i królowych. A poza nimi też milionów szlachciców, mieszczan oraz chłopów.
Bo przecież – by znów zacytować doktor Maludzińską – i na wieś „docierały wędrowne prostytutki, a zarażeni żołnierze gwałcili wiejskie dziewczęta”.
Reklama
Bibliografia
- Maludzińska Monika, Choroby weneryczne na ziemiach polskich w XVI wieku w świetle „Przymiotu” Wojciecha Oczki [w:] Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, red. Andrzej Karpiński, Wydawnictwo DiG/Instytut Historyczny UW, Warszawa 2009.
1 komentarz